Walczę ze złem i zwiększam ilość dobra we wszechświecie.

Najnowsze

A gdyby to Żydzi wymordowali nazistów, czy też byłby to antysemityzm?

Panuje ogromna konfuzja w kwestii, co to jest seksizm, gdzie jest seksizm i jak się rodzi seksizm (dotyczy to zresztą większości innych dyskryminacyjnych –izmów). Ostatnio dały mi się we znaki dwie tego typu fallucje: pierwsza jest przejawem ogólnosystemowej, dobrze rozpoznanej, choroby symetrycznej; druga zaś polega na założeniu, że seksizm jest czymś subiektywnym, mieszczącym się w intencji nadawcy (tym się nie będę zajmować, bo to idiotyczne: te wszystkie „nie chciałem, żeby zabrzmiało to seksistowsko”, lol) lub odczuciach odbiorcy komunikatu. Się ze sobą wiążą; symetryzm kładzie podwaliny pod zastosowanie drugiej fallucji.

No więc na przykładzie: wyobraźmy sobie, że ktoś pisze blogasek o programowaniu i zupełnie od czapy ilustruje sobie jedną notkę zdjęciem półnagiej kobiety. Przychodzą na to ludzie dobrzy i mówią: „Heloó, a cóż to za okropny seksizm? Uraża mnie to!”. Na co zgłasza się ktoś, kto nie ulega terrorowi politycznej poprawności i bezkompromisowo z nim walczy, zgłaszając wątpliwości: „ale ale, gdybyż to zamiast półnagiej dziewczyny notka została zilustrowana półnagim chłopcem, czy teżby was to urażało?”.

I tak to. Uprzedmiotowienie kobiecego ciała to zjawisko dość dobrze znane, opisane i jednoznacznie określone jako seksistowskie; zilustrowanie artykułu o programowaniu półpornograficznym zdjęciem to właśnie modelowy przejaw tego zjawiska. Jeśli nawet męskie ciało czasem zostaje uprzedmiotowione, to nie ma to charakteru systemowego; takie uprzedmiotowienia są wyjątkami. Jak zwykle więc najwłaściwsza odpowiedź na atak symetryzmu to „ogarnij się”: zdjęcie z omawianego przykładu uraża, bo jest jednym z tysięcy zastosowań gołej baby doczepionej na zasadzie „a bo tak”; to nie przypadek, że artykuł zilustrowano gołą babą, a nie gołym chłopem; gołe chłopy na artykułach o programowaniu nie urażają, bo ich nie ma.

I dalej: załóżmy, że w naszej przykładowej dyskusji pojawia się kobieta, która twierdzi, że zdjęcie jej nie uraża. Teraz osoby bezkompromisowo walczące z terrorem politycznej poprawności mogą zakrzyknąć: „ha, więc to jednak nie seksizm!”. No ale będą się nadal tak samo mylić: jedna nieurażona kobieta nie powoduje zniknięcia całego systemu uprzedmiotowiania kobiecego ciała. Seksizm nie rodzi się w momencie, kiedy kobieta się wkurwia i mówi: to jest seksizm; istnieje niezależnie, i wszędzie go pełno.

Z papieżem ku świetlanej przyszłości

Się zastanawiam, na ile to dobrze, że papież akurat teraz się wypowiedział przeciwko karze śmierci, kiedy PiS się wypowiedział za nią; jasne, że pochichrać się zawsze miło, ale to znów ugruntowuje wizję, że jest dobry Kościół liberalny i źli, źli kościelni fanatycy. Trochę smuteczek; tym bardziej, że wiadomo, że żadnej kary śmierci i tak nie będzie. No ale może niepotrzebnie się martwię, podczas gdy powinienem się cieszyć majndfakiem frondziarzy?

Ku nowej etyce pracowniczej

Pracownik powinien uczciwie, wydajnie pracować, nie oszukiwać, nie kraść itede; jednym słowem: dominującą etyką jest terror produktywności. Co i rusz ktoś planuje zrobić dobrze pracodawcom. Pomysł, że firma jest przede wszystkim po to, aby przynosić piniądze swojemu właścicielowi, jest tak dominujący, że często przyjmują go za swój ludzie, którzy wprost tracą na jego realizacji – pracownicy. Ach! Pamiętam przecież, jak studentem będąc, zatrudnionym na bandyckich warunkach – 1800 zł miesięcznie, częściowo na umowę o pracę, której nigdy nie widziałem, częściowo na umowę o dzieło, o którą się nie mogłem doprosić – myślałem, że to super oferta, mogę przecież pracować i to jako tłumacz, a nie przenosiciel pudeł czy coś, gdzieś tak 2003 rok to był – kalkulowałem sobie na kalkulatorku, czy aby mój szef wystarczająco dużo zarabia na mojej pracy. Bo uważałem, że tak powinno być, żeby szef jak najwięcej na mnie zarobił, a mnie coś wtedy skapnie.

Ta etyka jest już dalece niewystarczająca i przynajmniej wśród moich 7% istnieje potencjał niezgody. Tyle, że ta niezgoda zupełnie nie przyjmuje postaci systemowej, a jedynie głupich dosrywanek, czasem nawet śmiesznych, ale żałośnie daremnych: konfekcjonowany cynizm, zgoda na bezsens. Pomyślmy o dzieciach! Musimy coś zarobić, nim całe pokolenie wyrośnie na nihilistów, zdających sobie sprawę z bezsensu praktykowanych idei, nie robiących jednak nic, aby tę praktykę zmienić. Albo idee.

Stąd projekt nowej etyki pracowniczej; nowej-starej, oczywiście, bo to tylko przypomnienie po raz kolejny, że nie każdy będzie przedsiębiorcą: pracownik powinien pracować jak najmniej wydajnie i jak najskuteczniej korzystać z przepisów prawa pracy, dzięki którym może tę wydajność jeszcze dodatkowo obniżyć. Rzecz jasna to ideał: system rynku pracy wymusza istnienie konkurencji między pracownikami; powiedzmy jednak otwarcie, że skuteczna konkurencja polega na sprzeniewierzeniu się etyce pracowniczej, a nie stanowi jej idealną realizację. Pracując mało wydajnie, pomagamy naszym kolegom i koleżankom: mała wydajność to więcej miejsc pracy (bo potrzeba więcej rąk do obrobienia tego samego zagonka) i mniej stresu dla wszystkich. Problemy pracodawcy nie są naszymi problemami; niech nie spędza nam snu z powiek, że projekt nie zostanie zrealizowany na czas: to wina szefa, mógł zatrudnić nam kogoś do pomocy. Nie patrzmy krzywo na koleżanki, które biorą chorobowe na całe 9 miesięcy ciąży, ani na koleżanki i kolegów urywających się na papierosa, spóźniających się, przedłużających przerwę obiadową: oni narażają się dla nas. Jeśli ktoś zasługuje na surową krytykę, to tylko przodownicy, zostający po godzinach i nie żądający za to dodatkowej płacy.

Poczucie bezradności

Poczucie bezradności. No więc dawno tak mi się nie rozbiło. Te uczucie, gdy idiotyczna, wielokrotnie wyśmiana fallacja dominuje wszechświat osobisty i publiczny; gdy ludzie bliscy ni z tego, ni z owego deklarują się jako rasiści, sterroryzowani przez terror politycznej poprawności; gdy nie idzie się dogadać, bo znalezienie porozumienia wymagałoby nazwania od nowa wszystkich rzeczy i pojęć. Gdy nie ma duderkuli wystarczająco dużej, żeby całe zło wygrzmocić i zagonić ludziom nieco dobra i  rozumku do głów.

Te uczucie, te uczucie. Nawet nie chce mi się sprawdzać, co Żiżek pisał o poczuciu bezradności.

Przyczynek do teorii postironii

No więc tak, back 2 basics: ironia to jest mówienie jednego, kiedy ma się na myśli drugie. Kiedy mówimy “kocham cię do szaleństwa”, mamy na myśli w istocie “jak ujęłaby to Jane Austen, kocham cię do szaleństwa”; bo taki rodzaj wyznawania miłości jest difoltowy, “neutralny”.

Może zatem nie tyle post-ironia, co zwykła ironia, tyle że trochę inaczej wyrażana?

WO z internetu

Na blogu WO wylądowałem w mrocznych czasach kaczyzmu; to był, jak pisze mój przyjaciel Michio, czas złych sojuszy, dla mnie jednak okazał się końcem sojuszu złego – na blogu WO wylądowałem po kilkumiesięcznej obecności u Tomka Łysakowskiego, z którym łączyła mnie szeroko pojęta nienawiść do księdzów, a dzieliło prawie wszystko, i to wszystko zaczynało mnie gryźć; odkryciem bloga WO byłem więc wniebowzięty – wreszcie jakaś społeczność, z którą mogę się zaprzyjaźnić, wreszcie jakiś autorytet – dziennikarz Wyborczej! – z którym można pogadać jak równy z równym.

Wkrótce dowiedziałem się, że autorytety jednak nie są w życiu potrzebne. To na tym właśnie blogu uczyłem się poważnego flejmowania. Mimo niejednokrotnie zaciętych sporów z WO zachowałem poczucie, że wciąż walczymy wspólnie o wspólną sprawę. Niekiedy ja korygowałem swoje stanowisko, niekiedy robił to WO. To na blogu WO przeżyłem odnowienie swojego myślenia o gospodarce, zdałem sobie sprawę, że ekonomia powinna być obecna w debacie publicznej przede wszystkim jako kwestia polityczna, a nie „ekspercka”. Dzięki WO uświadomiłem sobie swoją pozycję na kapitalistycznej drabinie klasowej. Przestałem się obawiać własnych poglądów i bać ich głośnego wyrażania. Także – wiele się po prostu dowiedziałem.

Tych korzyści mógłbym wymienić jeszcze wiele, ale żeby nie zanudzać: cieszę się, że mogę mieć WO w blogrolce i że przez jakiś czas byłem w jego.

Podpalić demokrację

Co robi więc Grzegorz Sroczyński, nazywając samopodpalacza spod kancelarii premiera terrorystą? Oczywiście wyklucza go ze wspólnoty politycznej: jak naucza Slavoj Žižek, ujmując kwestię w kategoriach Laclauowskich, „»terroryzm« musi zostać wykluczony, aby mógł mieć miejsce agonizm sporu politycznego”[1]. Akt wykluczenia Andrzeja Ż. ze wspólnoty demokratycznej wiąże się ściśle z wykluczeniem „bezprawnych bojowników” spod obowiązywania prawa przez administrację Busha[2] (a potem Obamy); różnica jest wyłącznie ilościowa, nie jakościowa: Sroczyński nie jest w stanie zamknąć Ż. w obozie, a lajcikowe wykluczonko w felietoniku to maksimum tego, co może zdziałać. Ha, posłuchajmy: „Nie ma takich spraw, które w demokratycznym kraju dawałyby prawo do samospaleń. Bo w demokratycznym kraju wszyscy się umówiliśmy, że problemy rozwiązujemy inaczej”. Dzięki oznaczeniu Ż. jako terrorysty Sroczyński może odmówić mu podstawowego dla każdego przedstawiciela cywilizacji śmierci prawa do dysponowania własnym ciałem.

Wystarczy elementarna logika, aby zauważyć, że jest to paradoksalne: Ż., spalając się, został terrorystą, a jako terrorysta nie ma prawa do dysponowania swoim ciałem. Zanim się podpalił, był zwykłym obywatelem, miał więc prawo robić ze sobą, co chciał; kiedy zechciał się podpalić, stracił prawo do podpalenia się. Gra idzie o wysoką stawkę: o teh very istotę demokracji. Czyn Andrzeja Ż. był zagrożeniem dla liberalnej demokracji, ponieważ Tusk odwiedził go w szpitalu; dlatego Ż. powinien był powstrzymać się od próby samospalenia.

Samospalenia psują demokrację. „Znajdą się zapewne następni chętni” – przestrzega Sroczyński. Może się i znajdą (wątpię, nawet jeśli przyjąć propagowaną przez Orlińskiego sofciarską interpretację, wg której nie ma ryzyka epidemii samospaleń, a jedynie ryzyko epidemii bliżej nieokreślonych gróźb, że ludzie coś sobie zrobią), ale nie zgodzę się, że to ci chętni będą psuć demokrację: czyż bowiem gorliwość, z jaką politycy będą apelować o niewykorzystywanie polityczne tragedii, nie będzie świadczyć, że demokracja już jest popsuta?

Jeszcze dla edukacji: jak wam ktoś, drogie dzieciaczki, będzie mówić, że Ż. nie był prawdziwym samobójcą, bo prawdziwi samobójcy nie podejmują prób samobójczych, tylko od razu się zabijają, to mu nie wierzcie; warto sobie pomyśleć, że osobie planującej samobójstwo jest bardzo kurwa ciężko i raczej nie robi tego z jasnym umysłem oraz przejrzystym planem na przyszłość; raczej odwrotnie. Potencjalni samobójcy często mówią o swojej niechęci do życia, a nie idą i się spokojniutko wieszają. Zdecydowana większość osób podejmujących próbę samobójczą cierpi na zaburzenia psychiczne w czasie jej podejmowania. Parasamobójstwa (działania zbliżone do samobójstw, których celem jednak nie jest śmierć) też wskazują, że ktoś ostatnio jest w złej formie, i są najsilniejszym wskaźnikiem późniejszego podjęcia rzetelnej próby samobójczej. Nieładnie więc trywializować to, co zrobił Ż., bo się puszcza w świat chujowy mem, że jak ktoś chce się zabić, to po prostu to robi, a nie robi hece i cyrki[3].

Nie wierzcie też, jeśli ktoś wam będzie wmawiać, że wystarczy być pro-choice, aby nie mieć wpadki. To nieprawda! Bycie przyzwoitym człowiekiem nie zabezpiecza przed niechcianą ciążą, a aborcję nie zawsze jednak można i chce się mieć. Pamiętajcie o kondomach, męskich lub damskich!

I jeszcze rozstrzygnięcie sporu, czy Ż. był terrorystą, zostawione na koniec, bo to trochę nudne. No więc. Określenie „terroryzm” nie ma jakiegoś jasno zdefiniowanego znaczenia, więc nie można jednoznacznie ocenić, czy Ż. jest terrorystą: jeśli kierować się angielską wikipedią, raczej nie jest (Common definitions of terrorism refer only to those violent acts which are intended to create fear (…), are perpetrated for a religious, political or ideological goal, and deliberately target or disregard the safety of (…) civilians – Według powszechnie przyjętych definicji jako terroryzm określa się tylko te akty przemocy, które mają na celu wywołanie strachu, są popełniane z przyczyn religijnych, politycznych lub ideologicznych i są umyślnie wymierzone w cywilów lub są dokonywane bez zwracania uwagi na ich bezpieczeństwo) – zgadza się tylko punkt z celami; punkt ze strachem wymagałby rozszerzenia na ludzi bardzo strachliwych, punkt z cywilami – katolickiego pierdololo o życiu jako nienależącym do żyjącego, tylko Boga. Definicja z SJP jest kołowa i niech spada: działania pojedynczych osób lub grup usiłujących za pomocą aktów terrorystycznych wymusić na rządach państw określone ustępstwa. Terroryzm jest wtedy, jak jest akt terrorystyczny, super.

No ale jak to zwykle bywa, znaczenie słowa określa strona silniejsza; Sroczyński na razie jest jedyną osobą określającą Ż. jako terrorystę, więc nie ma racji.


[1] Czwarty wynik wyszukiwania terrorism inauthor:Žižek w Google Books, strona 46

[2] Pierwszy wynik wyszukiwania terrorism Žižek w Google

[3] Dysklejmer: to nie jest moja dziedzina specjalizacji; trochu tam wiem, ale niedużo, więc mogłem trochę namieszać; może Sophers zechce coś naprostować albo dorzucić.

Trzeba było

No więc historia jest taka, że nie zareagowałem, gdy w mojej obecności pijany knypek groził kobiecie gwałtem, chociaż trzeba było zareagować. Heh, nikt nie zareagował. A było to na turnieju wierszowym na festiwalu Manifestacje Poetyckie. Formuła turnieju była taka, że na scenie jednocześnie sterczało po kilka osób, a żeby było artystycznie, to pałętał się tam – jak zwykle – jakiś pijany poeta*. Tym razem był to Robert Rybicki, chociaż wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to on. Robił to, co zwykle w takiej sytuacji robi pijany poeta: właził na scenę, dopychał się do mikrofonu, gadał głupoty, chwiał się, nie reagował na prośby prowadzących turniej, żeby się zmył; publikę to zresztą bawiło, brać poetycka lubi, jak coś się dzieje; zawsze ktoś się pijany pałęta, jest śmiesznie. Chociaż też trochę wołali na niego, żeby dał spokój. Aż przyszła moja kolej, żeby się usterczyć na scenie i czekać, aż będę mógł odczytać wiersz, to pijany poeta też wlazł i zaczął gadać swoje zwyczajne głupoty. Prowadząca próbowała go delikatnie przegnać, prowadzący też, oboje patrzyli bezradnie na ziomów faceta, ziomowie nie bardzo wiedzieli co zrobić, podśmiewali się, wołali, żeby dał spokój. To było mi wstyd, patrzyłem w bok i go nie słuchałem, aż zacząłem słyszeć „gwałt, gwałt, gwałt” – „ten cię zgwałci i tamten cię, i ten też cię zgwałci, wszyscy, co tu są, cię zgwałcą”, i po kolei wskazywał losowo wybranych obecnych. To we mnie zawrzało, krytycznie spojrzałem na sylwetkę gościa – był to, jak na początku pisałem, raczej knypek – dłonie ścisnąłem w pięści, popatrzyłem na prowadzącego, który nic akurat nie robił – drgnąłem, żeby coś zrobić, prowadzący też drgnął, więc się zatrzymałem, bo skoro on coś robi, to po co ja mam coś robić? Typ tymczasem skończył przepowiednię i zlazł ze sceny, popatrzyłem na prowadzącą – nie wydawała się zmieszana, dalej wszystko potoczyło się zgodnie z planem, dostałem 3 głosy i odpadłem, więc nie zostawałem już do końca. Wiedziałem, że powinienem był coś zrobić, ale jeszcze mnie to nie męczyło, dopiero potem zaczęło; może gdyby gość był jakoś większy, groźniej wyglądający, tobym coś zrobił? Albo kto inny, chociaż kto inny nigdy nic nie robi.

Nie jest łatwo szybko, sprawnie i skutecznie reagować na zło; nie jestem tak dzielny, jak Ameba.

Nienawiść do języka

Jak naucza Slavoj Žižek, ideologia często generuje swój własny eksces, który jest wprawdzie z tą ideologią niezgodny, ale też umożliwia jej trwanie. Doskonale widać to na przykładzie Tomka Terlikowskiego i w ogóle moralno-seksualnego nauczania Kościoła katolickiego: oficjalne, oświecone pierdololo o szacunku wobec Osoby, potępianiu grzechu, a nie grzesznika itp. jest realizowane przez hardkorowych, homofobicznie motywowanych wąsatych wujaszków, kiboli i innych rozbójników. Przypomnę, że Terlikowski był nawet szczerze zdziwiony, kiedy na stronie wspierania Tomka pojawiła się ostro homofobiczna retoryka, niemaskowana niczym nienawiść i agresja!

Podobnie jest z opresyjnym systemem poprawności językowej: profesor Bańko i ziomkowie siedzą sobie w Radach Języka Polskiego i po poradniach.pwn.pl, oglądają słowa ze wszystkich stron i subtelnie rozważają, co dopuścić, a co odrzucić. W imię czystości językowej są gotowi skazywać wybrane przez siebie słowa i formy na zagładę, ale czasem też wykazują się łaskawością, a ogólnie spora erudycja pozwala im czasem podsuwać rozwiązania prostsze i ciekawsze; stosunkowo mała ksenofobia oznacza, że niekiedy akceptację zyskują nawet formy przyniesione do literackiego polskiego z innych języków lub dialektów!

Tymczasem na ulicach walkę w ich imieniu prowadzą buce z bladym pojęciem i totalitarnym mindsetem, jak np. Segritta – osoba o tak rozrośniętym normocentryzmie, że nie jest w stanie moderować własnego blogaska bez spisanego regulaminu. Nienawiść do inności powoduje u nich chęć sprowadzenia Wszystkiego do BKŚ-owego wzorca, głupota uniemożliwia poznanie takich terminów, jak „synonim”, „dialekt”, „oboczność” czy „zmiana językowa”, a bezczelność sprawia, że są gotowi się z tą nienawiścią i głupotą obnosić.

W ramach tego obnoszenia Segritta napisała uo taką o gramatyczno-nazistowską notkę, a tam głupota na głupocie, zło na złu. Na samym początku sentyment za starymi dobrymi czasami, kiedy to wszystkim było trudniej, więc się bardziej starali; zaraz potem słowo zapisane jako „łidżet”; oczywiście dla kogoś rozsądnego to zupełnie jeden chuj, czy słowo pisze się „widget”, „widżet” czy „łidżet”, ale tu chodzi o preskryptywistkę, wannabe-purystkę. Czy dziwi, że Segritta, z wykształcenia filolog, nie wie, że ze względów historyczno-fonologicznych, z zastosowaniem uświęconych tradycją zasad tradycji, preferowany byłby któryś z dwóch pierwszych zapisów? Nie dziwi rzecz jasna, ale śmieszy, wrażliwszych może nawet OBUŻA.

Reszta notki jest niemal w całości jak parada bożocielna: Segritta chodzi po internetach i obnosi się z ciemnotą i zabobonem. Cztery przykłady; każdy inny, każdy głupi: reklama zilustrowana zdjęciem kogoś nieco androgynicznego – dowcipnie podpisana przez Segrittę „ha ha, transwestyta”; to chyba najgorsza bucoza z całej tej jej notki; czy to dziwne, że Segritcie, z zamiłowania psychologowi, nie chciało się z głupiej wikipedii doczytać trzech zdań o transwestytyzmie? Czy dziwi, że z zawodu kobieta renesansu po godzinach zajmuje się transfobią? Ha!

W kolejnym przykładzie Segritta daje upust swojej nienawiści do znaczeń przenośnych i ekonomii językowej: otóż twierdzi, że reklama tanich lotów „z Polski do Europy” sugeruje, że Polska w Europie nie leży. Nie bardzo w ogóle rozumiem, na czym jej zależy – takie sformułowanie jest krótkie i zrozumiałe; no i reklamowany Norwegian na swojej stronie startowej podaje Unię Europejską jako jeden z krajów do wyboru; no i ona myśli, że skąd podmiot liryczny tej piosenki szedł?

Następnie Segritta odważnie przechodzi do walki z pięknem i różnorodnością języków polskich, pastwiąc się nad jedną z ich najbardziej unikalnych cech: zdrobnieniami. Jasne, że nadużywanie zdrobnień bywa takie sobie, ale hejterzona przez Segrittę forma „sweterek” jest bardzo potrzebna: sweterek to co innego niż sweter, tak jak koszulka to co innego niż koszula, a spodenki to co innego niż spodnie. Wiem to nawet ja, znany z braku zmysłu modowego; ale skąd takie rzeczy ma wiedzieć człowiek w kapeluszu?

Krucjata przeciwko różnorodności trwa nadal w kolejnym przykładzie – Segritta walczy ze słowem „przeglądnąć”. „Wzbogaciliśmy się o nowe słowo. »Przeglądnąć«” –stwierdza ironicznie i z humorem. Chyba ty się wzbogaciłaś, Segritto, bo ja, Kraków i słownik języka polskiego znaliśmy je od dawna. No i to jest chyba najkomiczniejsze – tępe, kipiące nienawiścią, bezczelne buce nie są w stanie zastosować się do swoich własnych, niewysokich przecież (bo ich stosowanie ma na celu maksymalne sproszczenie języka naturalnego i wyeliminowanie z niego kreatywności) standardów.

PS Posłużyłem się materiałami z profilu Segritty na stronie żenowej konferencji blogonautów, w której brała udział.

PS2 W komentarzach pod omawianą notką jest jeszcze więcej żeny.

Gdzie jest ideologia

Ideologia działa najsilniej wtedy, kiedy określamy coś jako czysto pragmatyczne, a nie ideologiczne – tzn. kiedy nawet nie zauważamy, jaka ideologia stoi za daną postawą. Żadna to sztuka mówić o sobie, że działa się z pobudek pragmatycznych, natomiast przeciwnicy to ideolodzy albo doktrynerzy.

Kiedy MDH pisze w pełnej oburzenia i paniki moralnej notce o ideologicznym sprzeciwie wobec racjonalnego i uzasadnionego faktami przymusu badań, fejluje dużo wcześniej, niż mu się wydaje. Kwestią nie jest „czemu ktoś nie chce przymusu badań”, tylko „czemu w ogóle ktoś uważa, że ma prawo taki przymus wprowadzać”. Do tej kwestii MDH się nie odniósł, bo i po co, skoro to pole ideologiczne jest gruntownie zaorane.

PS
O przymusowych badaniach jeszcze tu, tu i tu.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.