Walczę ze złem i zwiększam ilość dobra we wszechświecie.

Najnowsze

Podpalić demokrację

Co robi więc Grzegorz Sroczyński, nazywając samopodpalacza spod kancelarii premiera terrorystą? Oczywiście wyklucza go ze wspólnoty politycznej: jak naucza Slavoj Žižek, ujmując kwestię w kategoriach Laclauowskich, „»terroryzm« musi zostać wykluczony, aby mógł mieć miejsce agonizm sporu politycznego”[1]. Akt wykluczenia Andrzeja Ż. ze wspólnoty demokratycznej wiąże się ściśle z wykluczeniem „bezprawnych bojowników” spod obowiązywania prawa przez administrację Busha[2] (a potem Obamy); różnica jest wyłącznie ilościowa, nie jakościowa: Sroczyński nie jest w stanie zamknąć Ż. w obozie, a lajcikowe wykluczonko w felietoniku to maksimum tego, co może zdziałać. Ha, posłuchajmy: „Nie ma takich spraw, które w demokratycznym kraju dawałyby prawo do samospaleń. Bo w demokratycznym kraju wszyscy się umówiliśmy, że problemy rozwiązujemy inaczej”. Dzięki oznaczeniu Ż. jako terrorysty Sroczyński może odmówić mu podstawowego dla każdego przedstawiciela cywilizacji śmierci prawa do dysponowania własnym ciałem.

Wystarczy elementarna logika, aby zauważyć, że jest to paradoksalne: Ż., spalając się, został terrorystą, a jako terrorysta nie ma prawa do dysponowania swoim ciałem. Zanim się podpalił, był zwykłym obywatelem, miał więc prawo robić ze sobą, co chciał; kiedy zechciał się podpalić, stracił prawo do podpalenia się. Gra idzie o wysoką stawkę: o teh very istotę demokracji. Czyn Andrzeja Ż. był zagrożeniem dla liberalnej demokracji, ponieważ Tusk odwiedził go w szpitalu; dlatego Ż. powinien był powstrzymać się od próby samospalenia.

Samospalenia psują demokrację. „Znajdą się zapewne następni chętni” – przestrzega Sroczyński. Może się i znajdą (wątpię, nawet jeśli przyjąć propagowaną przez Orlińskiego sofciarską interpretację, wg której nie ma ryzyka epidemii samospaleń, a jedynie ryzyko epidemii bliżej nieokreślonych gróźb, że ludzie coś sobie zrobią), ale nie zgodzę się, że to ci chętni będą psuć demokrację: czyż bowiem gorliwość, z jaką politycy będą apelować o niewykorzystywanie polityczne tragedii, nie będzie świadczyć, że demokracja już jest popsuta?

Jeszcze dla edukacji: jak wam ktoś, drogie dzieciaczki, będzie mówić, że Ż. nie był prawdziwym samobójcą, bo prawdziwi samobójcy nie podejmują prób samobójczych, tylko od razu się zabijają, to mu nie wierzcie; warto sobie pomyśleć, że osobie planującej samobójstwo jest bardzo kurwa ciężko i raczej nie robi tego z jasnym umysłem oraz przejrzystym planem na przyszłość; raczej odwrotnie. Potencjalni samobójcy często mówią o swojej niechęci do życia, a nie idą i się spokojniutko wieszają. Zdecydowana większość osób podejmujących próbę samobójczą cierpi na zaburzenia psychiczne w czasie jej podejmowania. Parasamobójstwa (działania zbliżone do samobójstw, których celem jednak nie jest śmierć) też wskazują, że ktoś ostatnio jest w złej formie, i są najsilniejszym wskaźnikiem późniejszego podjęcia rzetelnej próby samobójczej. Nieładnie więc trywializować to, co zrobił Ż., bo się puszcza w świat chujowy mem, że jak ktoś chce się zabić, to po prostu to robi, a nie robi hece i cyrki[3].

Nie wierzcie też, jeśli ktoś wam będzie wmawiać, że wystarczy być pro-choice, aby nie mieć wpadki. To nieprawda! Bycie przyzwoitym człowiekiem nie zabezpiecza przed niechcianą ciążą, a aborcję nie zawsze jednak można i chce się mieć. Pamiętajcie o kondomach, męskich lub damskich!

I jeszcze rozstrzygnięcie sporu, czy Ż. był terrorystą, zostawione na koniec, bo to trochę nudne. No więc. Określenie „terroryzm” nie ma jakiegoś jasno zdefiniowanego znaczenia, więc nie można jednoznacznie ocenić, czy Ż. jest terrorystą: jeśli kierować się angielską wikipedią, raczej nie jest (Common definitions of terrorism refer only to those violent acts which are intended to create fear (…), are perpetrated for a religious, political or ideological goal, and deliberately target or disregard the safety of (…) civilians – Według powszechnie przyjętych definicji jako terroryzm określa się tylko te akty przemocy, które mają na celu wywołanie strachu, są popełniane z przyczyn religijnych, politycznych lub ideologicznych i są umyślnie wymierzone w cywilów lub są dokonywane bez zwracania uwagi na ich bezpieczeństwo) – zgadza się tylko punkt z celami; punkt ze strachem wymagałby rozszerzenia na ludzi bardzo strachliwych, punkt z cywilami – katolickiego pierdololo o życiu jako nienależącym do żyjącego, tylko Boga. Definicja z SJP jest kołowa i niech spada: działania pojedynczych osób lub grup usiłujących za pomocą aktów terrorystycznych wymusić na rządach państw określone ustępstwa. Terroryzm jest wtedy, jak jest akt terrorystyczny, super.

No ale jak to zwykle bywa, znaczenie słowa określa strona silniejsza; Sroczyński na razie jest jedyną osobą określającą Ż. jako terrorystę, więc nie ma racji.


[1] Czwarty wynik wyszukiwania terrorism inauthor:Žižek w Google Books, strona 46

[2] Pierwszy wynik wyszukiwania terrorism Žižek w Google

[3] Dysklejmer: to nie jest moja dziedzina specjalizacji; trochu tam wiem, ale niedużo, więc mogłem trochę namieszać; może Sophers zechce coś naprostować albo dorzucić.

Trzeba było

No więc historia jest taka, że nie zareagowałem, gdy w mojej obecności pijany knypek groził kobiecie gwałtem, chociaż trzeba było zareagować. Heh, nikt nie zareagował. A było to na turnieju wierszowym na festiwalu Manifestacje Poetyckie. Formuła turnieju była taka, że na scenie jednocześnie sterczało po kilka osób, a żeby było artystycznie, to pałętał się tam – jak zwykle – jakiś pijany poeta*. Tym razem był to Robert Rybicki, chociaż wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to on. Robił to, co zwykle w takiej sytuacji robi pijany poeta: właził na scenę, dopychał się do mikrofonu, gadał głupoty, chwiał się, nie reagował na prośby prowadzących turniej, żeby się zmył; publikę to zresztą bawiło, brać poetycka lubi, jak coś się dzieje; zawsze ktoś się pijany pałęta, jest śmiesznie. Chociaż też trochę wołali na niego, żeby dał spokój. Aż przyszła moja kolej, żeby się usterczyć na scenie i czekać, aż będę mógł odczytać wiersz, to pijany poeta też wlazł i zaczął gadać swoje zwyczajne głupoty. Prowadząca próbowała go delikatnie przegnać, prowadzący też, oboje patrzyli bezradnie na ziomów faceta, ziomowie nie bardzo wiedzieli co zrobić, podśmiewali się, wołali, żeby dał spokój. To było mi wstyd, patrzyłem w bok i go nie słuchałem, aż zacząłem słyszeć „gwałt, gwałt, gwałt” – „ten cię zgwałci i tamten cię, i ten też cię zgwałci, wszyscy, co tu są, cię zgwałcą”, i po kolei wskazywał losowo wybranych obecnych. To we mnie zawrzało, krytycznie spojrzałem na sylwetkę gościa – był to, jak na początku pisałem, raczej knypek – dłonie ścisnąłem w pięści, popatrzyłem na prowadzącego, który nic akurat nie robił – drgnąłem, żeby coś zrobić, prowadzący też drgnął, więc się zatrzymałem, bo skoro on coś robi, to po co ja mam coś robić? Typ tymczasem skończył przepowiednię i zlazł ze sceny, popatrzyłem na prowadzącą – nie wydawała się zmieszana, dalej wszystko potoczyło się zgodnie z planem, dostałem 3 głosy i odpadłem, więc nie zostawałem już do końca. Wiedziałem, że powinienem był coś zrobić, ale jeszcze mnie to nie męczyło, dopiero potem zaczęło; może gdyby gość był jakoś większy, groźniej wyglądający, tobym coś zrobił? Albo kto inny, chociaż kto inny nigdy nic nie robi.

Nie jest łatwo szybko, sprawnie i skutecznie reagować na zło; nie jestem tak dzielny, jak Ameba.

Nienawiść do języka

Jak naucza Slavoj Žižek, ideologia często generuje swój własny eksces, który jest wprawdzie z tą ideologią niezgodny, ale też umożliwia jej trwanie. Doskonale widać to na przykładzie Tomka Terlikowskiego i w ogóle moralno-seksualnego nauczania Kościoła katolickiego: oficjalne, oświecone pierdololo o szacunku wobec Osoby, potępianiu grzechu, a nie grzesznika itp. jest realizowane przez hardkorowych, homofobicznie motywowanych wąsatych wujaszków, kiboli i innych rozbójników. Przypomnę, że Terlikowski był nawet szczerze zdziwiony, kiedy na stronie wspierania Tomka pojawiła się ostro homofobiczna retoryka, niemaskowana niczym nienawiść i agresja!

Podobnie jest z opresyjnym systemem poprawności językowej: profesor Bańko i ziomkowie siedzą sobie w Radach Języka Polskiego i po poradniach.pwn.pl, oglądają słowa ze wszystkich stron i subtelnie rozważają, co dopuścić, a co odrzucić. W imię czystości językowej są gotowi skazywać wybrane przez siebie słowa i formy na zagładę, ale czasem też wykazują się łaskawością, a ogólnie spora erudycja pozwala im czasem podsuwać rozwiązania prostsze i ciekawsze; stosunkowo mała ksenofobia oznacza, że niekiedy akceptację zyskują nawet formy przyniesione do literackiego polskiego z innych języków lub dialektów!

Tymczasem na ulicach walkę w ich imieniu prowadzą buce z bladym pojęciem i totalitarnym mindsetem, jak np. Segritta – osoba o tak rozrośniętym normocentryzmie, że nie jest w stanie moderować własnego blogaska bez spisanego regulaminu. Nienawiść do inności powoduje u nich chęć sprowadzenia Wszystkiego do BKŚ-owego wzorca, głupota uniemożliwia poznanie takich terminów, jak „synonim”, „dialekt”, „oboczność” czy „zmiana językowa”, a bezczelność sprawia, że są gotowi się z tą nienawiścią i głupotą obnosić.

W ramach tego obnoszenia Segritta napisała uo taką o gramatyczno-nazistowską notkę, a tam głupota na głupocie, zło na złu. Na samym początku sentyment za starymi dobrymi czasami, kiedy to wszystkim było trudniej, więc się bardziej starali; zaraz potem słowo zapisane jako „łidżet”; oczywiście dla kogoś rozsądnego to zupełnie jeden chuj, czy słowo pisze się „widget”, „widżet” czy „łidżet”, ale tu chodzi o preskryptywistkę, wannabe-purystkę. Czy dziwi, że Segritta, z wykształcenia filolog, nie wie, że ze względów historyczno-fonologicznych, z zastosowaniem uświęconych tradycją zasad tradycji, preferowany byłby któryś z dwóch pierwszych zapisów? Nie dziwi rzecz jasna, ale śmieszy, wrażliwszych może nawet OBUŻA.

Reszta notki jest niemal w całości jak parada bożocielna: Segritta chodzi po internetach i obnosi się z ciemnotą i zabobonem. Cztery przykłady; każdy inny, każdy głupi: reklama zilustrowana zdjęciem kogoś nieco androgynicznego – dowcipnie podpisana przez Segrittę „ha ha, transwestyta”; to chyba najgorsza bucoza z całej tej jej notki; czy to dziwne, że Segritcie, z zamiłowania psychologowi, nie chciało się z głupiej wikipedii doczytać trzech zdań o transwestytyzmie? Czy dziwi, że z zawodu kobieta renesansu po godzinach zajmuje się transfobią? Ha!

W kolejnym przykładzie Segritta daje upust swojej nienawiści do znaczeń przenośnych i ekonomii językowej: otóż twierdzi, że reklama tanich lotów „z Polski do Europy” sugeruje, że Polska w Europie nie leży. Nie bardzo w ogóle rozumiem, na czym jej zależy – takie sformułowanie jest krótkie i zrozumiałe; no i reklamowany Norwegian na swojej stronie startowej podaje Unię Europejską jako jeden z krajów do wyboru; no i ona myśli, że skąd podmiot liryczny tej piosenki szedł?

Następnie Segritta odważnie przechodzi do walki z pięknem i różnorodnością języków polskich, pastwiąc się nad jedną z ich najbardziej unikalnych cech: zdrobnieniami. Jasne, że nadużywanie zdrobnień bywa takie sobie, ale hejterzona przez Segrittę forma „sweterek” jest bardzo potrzebna: sweterek to co innego niż sweter, tak jak koszulka to co innego niż koszula, a spodenki to co innego niż spodnie. Wiem to nawet ja, znany z braku zmysłu modowego; ale skąd takie rzeczy ma wiedzieć człowiek w kapeluszu?

Krucjata przeciwko różnorodności trwa nadal w kolejnym przykładzie – Segritta walczy ze słowem „przeglądnąć”. „Wzbogaciliśmy się o nowe słowo. »Przeglądnąć«” –stwierdza ironicznie i z humorem. Chyba ty się wzbogaciłaś, Segritto, bo ja, Kraków i słownik języka polskiego znaliśmy je od dawna. No i to jest chyba najkomiczniejsze – tępe, kipiące nienawiścią, bezczelne buce nie są w stanie zastosować się do swoich własnych, niewysokich przecież (bo ich stosowanie ma na celu maksymalne sproszczenie języka naturalnego i wyeliminowanie z niego kreatywności) standardów.

PS Posłużyłem się materiałami z profilu Segritty na stronie żenowej konferencji blogonautów, w której brała udział.

PS2 W komentarzach pod omawianą notką jest jeszcze więcej żeny.

Gdzie jest ideologia

Ideologia działa najsilniej wtedy, kiedy określamy coś jako czysto pragmatyczne, a nie ideologiczne – tzn. kiedy nawet nie zauważamy, jaka ideologia stoi za daną postawą. Żadna to sztuka mówić o sobie, że działa się z pobudek pragmatycznych, natomiast przeciwnicy to ideolodzy albo doktrynerzy.

Kiedy MDH pisze w pełnej oburzenia i paniki moralnej notce o ideologicznym sprzeciwie wobec racjonalnego i uzasadnionego faktami przymusu badań, fejluje dużo wcześniej, niż mu się wydaje. Kwestią nie jest „czemu ktoś nie chce przymusu badań”, tylko „czemu w ogóle ktoś uważa, że ma prawo taki przymus wprowadzać”. Do tej kwestii MDH się nie odniósł, bo i po co, skoro to pole ideologiczne jest gruntownie zaorane.

PS
O przymusowych badaniach jeszcze tu, tu i tu.

Debata na zaoranym polu

Zwykle ważne debaty wyglądają tak, że jest jakiś pogląd czy ideologią dominująca i są próby ich zakwestionowania. Albo: ideologia dominująca, pogląd wynikający z tej ideologii i poglądy kwestionujące pogląd wynikający z dominującej ideologii (pwzdi). Ideologia, jak naucza Žižek (strona 37 kapeckiego przewodniczka), wyznacza horyzont myślenia; tu się robi śmiesznie, bo to znaczy, że można kwestionować pwzdi, nie kwestionując samej ideologii stojącej za tym poglądem.

W praktyce to wygląda tak, jak kiedyś widziałem w filmie dokumentalnym o obrzezaniu kobiet (nie bardzo umiem teraz już wyguglać, co to był konkretnie za film): wypowiadała się tam dziewczynka, którą ktoś uświadomił, że ma prawo nie chcieć być obrzezana; ale nie mówiła np. „odczepcie się od mojej cipki”, tylko coś w stylu „obcięcie łechtaczki może być bardzo groźne, bo tam przebiega duża tętnica i jak się ją przypadkiem przetnie, to można umrzeć”. Czyli: rozszalały szaman wprawdzie ma prawo do kaleczenia dziewcząt, ale powinien się wstrzymać z jego egzekwowaniem, jeśli nie umie zapewnić bezpieczeństwa. Czyż nie taka sama jest struktura naszej rodzimej debaty o aborcji – zdominowanej ideologicznie przez zwolenników jej zakazania? Strona pro-choice czuje się w obowiązku zapewniać, że leży jej na serdcu, aby aborcji był jak najmniej; aborcja jest difoltowo niedopuszczalna i zła, a jeśli dopuszczalna, to tylko jeśli jej brak byłby jeszcze gorszy (najwięcej to wałkowaliśmy chyba u WO, ale nie tylko).

Podobnie jest np. z podatkiem liniowym. Żeby go poprzeć, wystarczy zakrzyknąć coś np. o równości wobec prawa. Żeby poprzeć progresję podatkową, trzeba wejść w szczegóły, powyjaśniać, kto, z czego i za co będzie te podatki płacić; hasło równości wobec prawa niby równie dobrze mogłoby uzasadniać podatek progresywny, ale pole dyskusji jest tak zaorane, że tego nie robi. Co tam jeszcze – z wielkością papieża, z antyklerykalizmem, z patriotyzmem, zapraszam do nejmowania w komciach.

Trochę inaczej ujmując: pwzdi daje się przedstawić całościowo, argumentami „ideologicznymi”, w oderwaniu od praktycznej realizacji: „łechtaczkę trzeba wyciąć, bo jest męskim organem w kobiecym ciele”; „aborcji trzeba zakazać, bo to zabijanie ludzi”. Pogląd przeciwny, wyrażany w warunkach dominacji ideologii przeciwnej, wymaga konkretów, sprowadzenia do rzeczywistej sytuacji: „jak mi będą wycinać, to może umrę”, „mimo zakazu kobiety i tak będą się poddawać aborcji, tyle że w gorszych warunkach”, itd. Kiedyś wlazłem na jakieś amerykańskie forum dla subkultury sceptyków i trafiłem tam na flejm o aborcji właśnie. Jakże wielkie było moje zdziwienie zdziwiłem, że nikt nie kwestionował prawa kobiety do dokonania aborcji, jeśli tylko ma życzenie, nikt nie ględził o holokauście niewiniątek i innych takich pierdołach – strona pro-life odwoływała się tylko do argumentów pragmatycznych – głównie twierdzili, że aborcja jest szkodliwa dla zdrowia fizycznego i psychicznego; że kobiety powinny jej unikać, bo tak będzie im łatwiej w życiu.

Czy Bóg istnieje

Portal Racjonalista.pl przy całej słuszności celów oraz często obiektywnej dobroci jest żenowy. Między innymi dlatego, że oni tam po raz pińcetny walczą w wojenkach, które zostały już dawno wygrane. MRW napisał raz, że obowiązkiem moralnym każdego ateisty jest wojujący antyklerykalizm; poszedłbym krok dalej: antyklerykalizm  jest jedyną sensowną formą nowoczesnego ateizmu (nie chcę się wdawać w dyskusję, co apateizm, co ateizm, a co agnostycyzm; są bez sensu, doprawdy, lepiej podyskutować o czymś ciekawszym, zbiorczo nazywam to wszystko „ateizmem”, bo ten termin w przeciwieństwie do „apateizmu” jest powszechnie znany i w przeciwieństwie do „agnostycyzmu” nie kojarzy się niektórym, że to jakaś niepewność). W Bolandzie ten antyklerykalizm będzie oczywiście skierowany przeciwko władzy i działalności politycznej Kościoła katolickiego – sorka za oczywistość, ale to też żeby ktoś się gupio nie czepiał.

Wykazywanie, że chrześcijaństwo jest religią jak każda religia, a chrześcijańskie wątki teologiczne wyewoluowały z pogaństwa było zadaniem dla pokolenia naszych prababć; wykazywanie, że w ogóle koncepcja Boga jest taka sobie było zadaniem pokolenia naszych ojców. Świetnie się spisali i chwała im za to. Katolickie teorie moralne, socjologiczne i naukowe zostały wielokrotnie, gruntownie skompromitowane. Sieriozne wskazywanie sprzeczności i idiotyzmów w Biblii, jak to lubi robić mój tatko, z perspektywy nowoczesnego ateisty jest tak samo daremne, jak przekonywanie fana Coelho, że to żałość: są dwie możliwości – zostać wybitnym znawcą złej literatury albo rozbić się na bezwstydnym fanwanku; przegrywa się tak czy siak. Że katolicyzm to ciemnota i zabobon to obecnie rzecz oczywista; trudno na serio polemizować z katolikami bez poczucia, że rozmawia się z wyznawcami Zeusa i przekonuje ich, że na Olimpie nie ma nic szczególnego, a niewolnictwo jest niefajne.

I chuj, tyle tylko, że jesteśmy pod ich wpływem politycznym.

Sztuka gaśnięcia

Rocznica konania papieża, tadam. Zdaje się, że w tych okolicach 6 lat temu wszedł już na ostatnią prostą i wszędzie go było pełno. W związku z tym pojawił się taki pomysł, że publiczne umieranie papieża było Świadectwem w opozycji do dominującego hedonizmu, spychającego śmierć tam, gdzie niewidoczna, że przywróciło istnienie śmierci i cierpienia naszej świadomości, i takie tam. Najpełniej wyraził to przepiękny poeta Tadeusz Dąbrowski w głośnym wierszu o papieskiej ślinie:

Papieżowi ślina kapie
podczas głoszenia homilii

A kamerzysta zmieszany
ucieka pod niebo (…)

Zrób zbliżenie na ślinę
wsiąkającą w ornat.

Zbliżenie na tyle duże
by przywracało wzrok.

Takie stawianie sprawy jest oczywiście podłe. Jak każdy człowiek, znałem parę osób, które potem umarły: niektóre po długim konaniu, inne w jakże radosnym maju, jednego chłopaka piorun trafił, kiedy krowę przed burzą sprowadzał z pola, komuś syn-lekarz załatwił wycięcie chyba wszystkich wnętrzności, żeby przedłużyć życie o parę tygodni, sąsiad uciekł ze szpitala psychiatrycznego w grudniu w samej piżamie, trafił do nas do domu i mama dała mu swój kożuch; a on się w tym kożuchu poszedł i powiesił, znaleźli go na wiosnę. Afazje, stomie, domy starców, standard, przecież wszyscy to znamy.

O ile pamiętam, nikt ze znanych mi umierających nie miał pod oknami tłumu fanów ani nawet własnych lekarzy czy pielęgniarzy. A pamiętacie, jak papieżowi zrobili już tracheotomię i puszczali taką mszę czy coś, że on siedział w oknie i poruszał ustami, a głos leciał z offu. Pewnie z parę osób też chciałoby zrobić na pożegnanie taki show, ale jakoś się nie złożyło. Nie wiem jak Tadeusz Dąbrowski i jego ziomowie, ale ja raczej nie potrzebuję oglądać cierpienia i zniedołężnienia obcych ludzi w luksusowych warunkach, żeby wiedzieć, że ja i wszyscy, których znam, zejdziemy w mało apetyczny sposób, robiąc przedtem nieprzyjemne zamieszanie naokoło.

Polenball cans into Westerplatte – załoga śmierci

Komiks historyczny to gatunek o bogatej tradycji w Polsce. Każdy fan komiksów mający co najmniej 25 lat pamięta z dzieciństwa epicką opowieść o bitwie pod Legnicą:
Niektórzy pamiętają też poruszającą serię o królach z wzruszającą historią miłosną Kazimierza Wielkiego:

Widać więc, że komiks “Westerplatte – załoga śmierci” z jednej strony może czerpać z bogatej tradycji, z drugiej zaś – musi sprostać niełatwemu zadaniu dorównania świetnym poprzednikom.

Autorzy stawiają sobie jasne cele:

Jest to dzieło poważne, co widać nie tylko po powyższej deklaracji ideowej, ale i po zamieszczonych materiałach dodatkowych, takich jak zestawienie polskich stopni wojskowych i ich niemieckich odpowiedników, plan placówki na Westerplatte i portret kapitana Franciszka Dąbrowskiego, któremu komiks jest dedykowany. Ha, właśnie, nie majorowi Sucharskiemu, gdyż jest to praca bezkompromisowa, w której nacisk położono na wierność historii, a nie na tworzenie czy podtrzymywanie mitu. Przejawia się to tym, że Sucharski jojcy gorzej od Luke’a Skywalkera (a potem ma załamanie nerwowe), a żołnierze czasem mówią “kurwa”. Dowiadujemy się też, że placówka początkowo nie miała być atakowana z lądu, a jedynie blokowana.

No dobra, nie ma co ukrywać, że przeczytałem to, abyście Wy, dzieciaczki, nie musiały, polecę więc streszczeniem. Rozwiązanie polegające na przeplataniu obrazka z komiksu* i mojego komentarza będzie o tyle uczciwe, że jest to też podstawowy sposób prowadzenia narracji w komiksie – odnarratorski tekst w ramce + ilustracja tego tekstu i jakiś komentarz albo dialog bohaterów.

Najpierw poznajemy więc historię Gdańska (w obrazoburczej wersji):

Gdańsk będący terytorium Polski? Hm? Wbrew postanowieniom wersalskim? Hm? Nie wiem za bardzo, o co chodzi, ale z komiksu się nie dowiem. Also: senat Gdańska będący pod wpływami niemieckimi! JAK DO TEGO MOGŁO DOJŚĆ? Polska jednak nie poddaje się tak łatwo i dowodzi swoich praw do Gdańska, stosując metodę, o której skuteczności przekonamy się już za paręnaście lat:

Niemce jednak też się zbroją, organizują w Gdańsku bojówki, no w ogóle sytuacja jest dramatyczna. Trzeba temu zaradzić! Podjęciu tej śmiałej decyzji poświęcony jest pierwszy dialog w komiksie:

Plany nabierają realnych kształtów:

Piętrzą się jednak trudności:

Co więc zrobić wobec takich przeciwności losu? When in doubt, czołgaj się!

Czołganie się przyniosło dobre efekty i Westerplatte zostało przygotowane do skutecznej obrony. Udało się nawet przetransportować gotowe, przetestowane polowo koszary:

Ale bomboodporne piwnice to nie wszystko!

Ha! Niemce nie mają żadnych szans! Tym bardziej, że polscy żołnierze są doskonale wyszkoleni i wyposażeni:

Jednak załoga placówki nie miała łatwego życia. Żołnierze byli lżeni m.in. przez Himmlera i innych wycieczkowiczów. Dzięki doskonałemu wyszkoleniu zachowywali zimną krew, snuli już jednak plany zemsty, które wkrótce wprowadzą w życie:

Dobra, to nuuudy, przewińmy, aż coś się będzie działo. Otóż do Gdańska wpływa Schleswig-Holstein i wszyscy już wiedzą, że lada dzień wybuchnie wojna. Major Sucharski upada po raz pierwszy:

Potem major będzie upadał jeszcze parę razy, właściwie aż do samej końcówki nie pojawi się jako człowiek, zawsze tylko jako jojcząca męda. W końcu to komiks odbrązawiający, stawiający na historyczną dokładność, a jego twórcy nie lękają się kontrowersji.

Tymczasem Niemce postanawiają zająć Westerplatte. Klasyczny motyw polskich propagandówek historycznych, odsłona 1: wróg nie docenia przeciwnika!!!!!11

Twórcy komiksu nie obawiają się przedstawiać nazistów jako ludzi, mających uczucia, lęki i nadzieje. A nawet imiona!

Tylko cholernie nie doceniają Polaków!

Przedstawiania Niemców jako ludzi ciąg dalszy:

Muszę się z Johannem (wtf? przed chwilą Heinrich mu było!) zgodzić. Pancernik wpłynął do portu, lajk, 10 stron temu, a tu ciągle czekamy i czekamy, ech. Na szczęście tak długie oczekiwanie pozwoliło polskiej załodze doskonale przygotować się do walk:

WTEM!

Młodzi żołnierze reagują na początek ostrzału, spontanicznie inscenizując “Guernicę”:

Szybko jednak wzuli saperki i zajęli stanowiska bojowe:

Zaskoczenie się udaje. BUNGH!

Nie wszystko jednak poszło tak gładko. W czasie obrony zdarzają się też momenty dramatyczne:

Generalnie jednak Niemce dostają wpierdol:

Nic dziwnego. To w końcu podrabiane mechaniczne Niemce:

Ha ha, patrzcie, jak mu rapę ujebało! A masz, gupi Niemcu!

Mało brakowało, a wojna skończyłaby się zanim się jeszcze na dobre zaczęła. Byłoby jak w Gwiezdnych Wojnach, że imperatora zabili:

Trzeba przyznać, że nie wszystko podczas obrony się udało (srsly, to dwa następujące po sobie obrazki, nie oszukuję!):

Generalnie jednak wszyscy Niemcy zostali zlikwidowani:

To załatwia odsłonę 2 klasycznego motywu polskich propagandówek historycznych. Tak oto minął dzień pierwszy obrony; mamy też i odsłonę 3, kiedy nieprzyjacielskie generały zdają sobie sprawę, że zwycięstwo nie będzie tak łatwe. Tutaj z twistem, bo wyższe dowództwo niemieckie ciągle jeszcze nie dowierza:

Cóż. Obrona i komiks ciągną się jeszcze 6 dni, ale ja mam już dość i Wy, dzieciaczki, zapewne też. Tak wiec dojeżdżam tylko do obowiązkowej klamry klasycznego motywu polskich propagandówek:

Yay! Żadna polska klęska nie jest w pełni udana, jeśli za jej odniesienie nie pochwali nieprzyjacielski Übermensch.

(Kroniki epizodów wojennych 1. Westerplatte: Załoga śmierci; scenariusz: Mariusz Wójtowicz-Podhorski; rysunek: Krzysztof Wyrzykowski).
(Linkuję do gildii.pl zamiast do samego wydawnictwa, bo zdaje się, że mają jakiś apdejt i na razie im strona nie działa).

*Obrazki w większości w kolejności chronologicznej, czasem coś przestawiłem dla efektu albo większej czytelności.

Aborcja Najfeld

Gorzkie żale, jakie Joanna Najfeld wylewa w związku z procesem z Wandą Nowicką, są zawsze arcydziełami butthurtu. Okazuje się, że tym razem Cywilizacja Śmierci zastosowała tak wyrafinowaną torturę, jak wyznaczenie Środy Popielcowej (wtf, jaka Środa Popielcowa, co to takiego, huh?) na datę kolejnej rozprawy.

Mimo butnych zapowiedzi („jak lewica rozpala stosy” w podtytule strony) relacje Najfeld są okropnie mało dramatyczne – wot proces jak proces, coś tam się dzieje, wlecze się, nudy. Pewnie dlatego czasem do newsów dołączane są propagandówki – był dramatyczny apel w sprawie krzyża pod Pałacem Prezydenckim, szkalowanie Polski jako kraju totalitarnego, taki tam katostandard. Propagandówka w ostatnim newsie też od katostandardu nie odbiega – głównie jest poświęcona powieleniu memu o powiązaniu niekaralności aborcji z komunizmem i nazizmem oraz w ogóle z totalitaryzmami.

(Trochę Cpt. Obvious warning, no ale co się zrobi? Trzeba tłuc, tłuc, tłuc).

Jak było naprawdę, można sobie sprawdzić bez większego wysiłku, w skrócie: ściślejsze ustawy antyaborcyjne to XIX w., ich luzowanie to w niektórych krajach lata 30., w większości – połowa/druga połowa XX w. W Związku Radzieckim owszem, Lenin wprowadził dopuszczalność aborcji, ale potem, w 1936 r., Stalin wziął i niemal całkiem jej zakazał; w 1955 r., w okresie odwilży, aborcja znów stała się dozwolona. W Polsce podobnie – po II wojnie aborcji zakazano, w 1956 r. ponownie dopuszczono. Tyle Związek Radziecki; gdyby chcieć to podsumować w stylu Najfeld: „Jak więc widać, komunizm w swojej najbardziej totalitarnej, zbrodniczej wersji jest nieodwołalnie powiązany z zakazem aborcji” (wymagałoby to oczywiście przemilczenia komunizmu w wersji azjatyckiej, ale co tam).

Z III Rzeszą jest trochę skomplikowaniej. Najpierw trzeba przypomnieć, że naziści, podobnie jak katolicy, uzurpowali sobie prawo do określania, czyje życie zasługuje na ochronę, kierując się głównie absurdalnym i arbitralnym kryterium pochodzenia (z pominięciem takich kwestii, jak świadomość, zdolność odczuwania bólu itp.). Pełne prawo do życia przysługiwało oczywiście tylko nosicielom krwi aryjskiej dobrej jakości (homoseksualiści, niepełnosprawni, chorzy psychicznie byli prześladowani też ze względów eugenicznych). I jak się można spodziewać – zakazane było przerywanie ciąż „rasowo cennych”; życie Aryjczyków miało być chronione od poczęcia.

Dobrrra. To teraz zobaczmy, jak się do rzeczywistości ma wysnuty przez Najfeld wniosek o korelacji totalitaryzmu z dopuszczalnością ciąży. Totalitaryzmów jakoś niedostatek ostatnio, więc musimy się zadowolić reżimami autorytarnymi; to nic, że rzut oka na tabelkę w wiki:

wskazuje, że korelacja jest bardziej z geografią niż ustrojem; weźmy dziesięć najmniej demokratycznych państw i zestawmy dopuszczalność aborcji na ich terenie. Na podstawie Democracy Index i artykułu w Wikipedii:

Kraj Aborcja na życzenie
Korea Północna Tak
Czad Nie (tylko zdrowie fizyczne)
Turkmenistan Tak (pierwszy trymestr, różne względy do drugiego)
Uzbekistan Tak (pierwszy trymestr, różne względy do drugiego)
Birma Nie (tylko zagrożenie dla życia)
Republika Środkowoafrykańska Nie (tylko zdrowie fizyczne)
Gwinea Równikowa Nie (tylko zdrowie fizyczne)
Arabia Saudyjska Nie (zagrożenie dla życia w pierwszym trymestrze)
Libia Nie (tylko zagrożenie dla życia)
Iran Nie (tylko zagrożenie dla życia)

Ojej, Najfeld bredzi, foka płacze, Boże! jaki żal.

Paradoks, kurwa

Strasznie lubię wulgaryzmy, bo są oparte na paradoksie: żeby istniał wulgaryzm (jako leksem), musi nie istnieć wulgaryzm (jako realizacja tego leksemu). Żeby słowo „chuj” było oznaczane w słowniku jako „wulg.”, musi być zapisywane jako „ch…”, nieużywane publicznie, a dorośli, jeśli zdarzy im się powiedzieć je przy dziecku, muszą się nawzajem uciszać. Cudne, że właśnie to uciszenie tworzy wulgaryzm: słowo, którego wypowiedzenie nie będzie się wiązało z uciszeniem, przestanie być wulgaryzmem. Jeśli dziecku zdarzy się poznać słowo uznawane za wulgaryzm bez tego kontekstu uciszania, słowo po prostu nie będzie dla niego wulgarne.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.