Walczę ze złem i zwiększam ilość dobra we wszechświecie.

Archive for Grudzień, 2010

Polska: powieść przygodowa

Hejterzę od jakiegoś czasu podręczniki do historii. Znaczy możliwe, że kiedy skończyłem liceum, zaszła jakaś megazmiana w sposobie nauczania historii, ale wątpię, a nawet jeśli, to i tak mnóstwo ludzi wyniosło ze szkoły sposób patrzenia na historię, który hejterzę.

Hejterzę przedstawianie historii w konwencji przygodowej: główną bohaterką jest Polska (rok ur. 966), mająca liczne przygody, przechodząca konflikty wewnętrzne, wdająca się w spory z innymi bohaterami opowieści. Bohaterowie głównie się biją i zabierają sobie dobytek, czasem się dogadują albo handlują ze sobą – ale ciągle podmiotami działania są państwa. Ważnym obiektem fapania jest tzw. interes Polski, rozłączny od interesu jej mieszkańców czy choćby Polaków: lud najczęściej nie ma pojęcia, jaki jest interes Polski; szlachta ma czasem przebłyski wiedzy o tym interesie; królowie czasem o niego dbają, ale nie zawsze przecież. Jeśli nawet lud, szlachta albo królowie znają akurat ten interes, to często i tak mu się sprzeciwiają, bo przecież ich interesy są inne.

Z podręcznika historii dowiedziałem się więc na przykład, że Polska za namową Bolesława Chrobrego powiększyła swój majątek o Grody Czerwieńskie. Ale do tej pory nie mam pojęcia, na czym polegało polskie posiadanie tych grodów: czy Chrobry zainstalował tam jakąś swoją administrację państwową? (Czy Chrobry miał właściwie jakąś administrację państwową?) Czy pobierał podatek (W jaki sposób Chrobry pobierał podatek?) Czy tylko uzyskał hołd lenny od miejscowych książąt czy jak im tam było? Co o tej całej sytuacji myśleli mieszkańcy Grodów Czerwieńskich? Czym się zajmowali? Czy wyznawali jakąś religię? Jakim mówili językiem?

Taka wizja historii, fachowo nazywana „Europa Universalis”, sprawia, że ludzie myślą, że państwo Mieszka, z którym nie mamy wspólnych ani obyczajów, ani ustroju, ani języka, to ten sam kraj, w którym mieszkamy obecnie, tyle że dawniej, z czego wynika, że krzywdy, jakie głównej bohaterce wyrządzili bohaterowie poboczni (w literaturze przygodowej musi być bohater pozytywny i konflikt z bohaterami negatywnymi; konflikt jest przecież ciekawszy od zgody), to krzywdy wyrządzone państwu, którego jesteśmy obywatelami. Z drugiej strony mało kto zwraca uwagę, że przez prawie całą historię „Polski” zdecydowana większość osób mieszkających w tym państwie miała zdecydowanie w dupie zmiany jego zasięgu terytorialnego i imię brodatego dziada, który akurat czerpał z jego istnienia największe korzyści. Mało kto zwraca też uwagę, że przez kilkaset lat było to państwo zamieszkałe w większości przez niewolników. Ale to nie ma znaczenia, liczy się wyrazista, autentyczna bohaterka. Niezależna w swoich działaniach.

Ale! Nie piszę tego tak sobie historiozoficznie, tylko z wyraźnym zamiarem obrzydzenia niepodległości Polski i wybielenia PRL-u. (Polski i PRL-u, ha!). Otóż krystalizacja tej noci nastąpiła, kiedy po drodze do kibelka zgarnąłem stojącą na półce książkę „Historia Polski 1914-1993” autorstwa Wojciecha Roszkowskiego, otworzyłem ją na chybił-trafił i przeczytałem zdanie: „Zarzucano kardynałowi Wyszyńskiemu działania rzekomo sprzeczne z interesem Polski”.

Reklamy

Teraz żołnierzowi „nikt nie podskoczy”

Minister obrony narodowej Bogdan Klich jest przekonany, że jasne określenie zasad zabijania na misjach i zapisanie ich w akcie prawnym rangi ustawy to sprawa niezwykle istotna dla żołnierzy i ich dowódców. – Jeśli żołnierz zabija w jasno określonych ramach prawnych, to „nikt mu nie podskoczy” – dodaje.

ZOBACZ TAKŻE

* Kiedy, kogo i dlaczego może zabijać polski żołnierz
* Kiedy polski żołnierz może zabić dziecko?

Podpisana w połowie grudnia przez prezydenta Bronisława Komorowskiego nowela ustaw – o powszechnym obowiązku i zasadach zabijania przez Siły Zbrojne poza granicami państwa – określa m.in. zasady „wyprzedzającego” zabijania, a więc nie tylko w odpowiedzi na bezpośrednią napaść. Ma to szczególne znaczenie np. przy zabijaniu zamachowców-samobójców, umieszczających na sobie ładunki wybuchowe lub wykorzystujących do zabijania środki transportu.

Większa swoboda i poczucie bezpieczeństwa

– Po raz pierwszy zasady zabijania w czasie walki mają swoją sankcję ustawową; w oparciu o nią można tworzyć tzw. ROE (ang. rules of engagement, zasady zabijania) dla poszczególnych misji – podkreślił szef MON.

Jego zdaniem, zawarte w ustawie rozwiązania dają żołnierzom większą swobodę zabijania i większe poczucie bezpieczeństwa.

– Jeśli żołnierz zabija w jasno określonych ramach prawnych, to „nikt mu nie podskoczy” i nikt nie powie, że w sposób nieuprawniony i nieuzasadniony – dla rewanżu, bądź z jakichś innych powodów – zabił – powiedział Klich.

W ocenie ministra, nowela stanowi ważne uzupełnienie systemu prawnego. Dotychczas podstawą prawną regulującą zasady i warunki zabijania przez polskich żołnierzy poza granicami państwa były ratyfikowane umowy międzynarodowe oraz akty prawne wydane przez komórki organizacji międzynarodowych, którym polskie jednostki były podporządkowane w czasie operacji wojskowych (np. NATO).

– Teraz zasady zabijania w przypadku każdej operacji będą wypadkową mandatu misji i naszych regulacji – podkreślił Klich.

Zabijanie w sposób adekwatny do zagrożenia

Ustawa upoważnia szefa MON do określania indywidualnych dla każdej operacji zagranicznej tzw. ograniczeń narodowych. Umożliwiają one każdorazowe dostosowanie zasad zabijania przez wojsko do różnego typu zadań oraz różnych warunków ich realizacji.

Według nowelizacji siły zbrojne mają prawo zabijania w sposób „adekwatny do zagrożenia” oraz zgodnie z zasadami określonymi w umowach międzynarodowych.

Żołnierze mają prawo do zabicia m.in. w celu odparcia zamachu na życie, zdrowie lub wolność, zabicia osoby niepodporządkowującej się wezwaniu do porzucenia broni, osoby, która usiłuje przemocą odebrać broń żołnierzowi czy osoby próbującej zabić żołnierzy należących do jednostki wojskowej polskiej lub sojuszniczej.

Źródło.

„”


Matki Boskie z odkręcaną

Czytam Obsoletki Justyny Bargielskiej i trochę hejterzę:

„Czy idzie Boska z nami na basen? – zapytała moja córka, trzymając w ręku plastikową niebieską Matkę Boską na Święconą Wodę z Lichenia i odkręcając jej ukoronowaną na biało głowę”. A pół strony dalej: „Boska radziła sobie na basenie świetnie, do momentu kiedy straciła koronę i nalało jej się do środka”.

Wszyscy byśmy oczywiście chcieli, żeby matki boskie z Lichenia miały odkręcane główki, ale też wszyscy wiemy, że mają odkręcane tylko korony. Nie mam nic przeciwko upiększaniu świata przedstawionego w stosunku do rzeczywistego, ale tak po prostu zmienianie wersji z piękniejszej na rzeczywistszą na jednej stronie to trochę hel-lou!


Władając językiem

Ciocia Luca napisała noteczkę „Czy zdałbyś do piątej klasy podstawówki”, która bardzo mnie rozczuliła. Rozumiem jej uczucia: staram się też bronić języka polskiego przed ludźmi, którzy go nienawidzą, ale zupełnie inaczej widzę tę obronę. Niezgodne z normą użycia imiesłowu przysłówkowego współczesnego zostały tak dokumentnie obśmiane, że aż trochę wstyd się z nich śmiać, bo ile razy można powtarzać żart o młodej lekarce? To strasznie łatwy cel i sprawa strasznie oczywista dla każdego z jakimś obyciem językowym.Ale Luca żali się, że nie jest w stanie wyjaśnić potworności takich konstrukcji osobom, które nie wiedzą, czym jest podmiot. Czyli sprawa nie jest w ogóle oczywista dla kogoś, kto tego obycia językowego nie ma.

Nie widziałem, żeby przeskok podmiotu między pierwszą a drugą częścią zdania powodował trudność w zrozumieniu (nie wiem, możliwe, że tak bywa – ale wtedy do wyjaśnienia, w czym problem, nie potrzeba pojęcia podmiotu), nie jest to też jakoś szczególnie brzydkie samo z siebie. Myślę, że w konstrukcji tego błędu chodzi tylko i wyłącznie o władzę: że oto jako wykształceni humaniści władamy językiem! Mocą naszego napiętnowania możemy sprawić, że jakieś słowa będą złe, możemy potępiać ludzi, którzy tych złych słów używają albo się z nich śmiać. To oczywiście biurowoklasośrednizm – my, tłumaczki, redaktorki i copywriterki, jesteśmy tylko infotariatem i nigdy nie mieliśmy władzy nad czymkolwiek. Próby purystycznej obrony arbitralnych zasad gramatycznych są porażkowe i nie służą niczemu oprócz naszego samozadowolenia. A kiedy prawdziwi władcy naszego języka – nasi account managerowie, language leadzi i marketing specialiści – postanowią wprowadzić dowolne poprawki w Style Guidach, nie pomoże nam znajomość części mowy ani klasycznych programów kabaretowych – potulnie wykonamy rozkaz.


Honor, odwaga, poświęcenie

Że wojna jest absurdem, to nie trzeba nikogo przekonywać; jeśli ktoś uważa inaczej, to nie przekonywać trzeba, ale tłuc. Dwie obserwacje tylko na ten temat: jeśli zastosować prawicowe rozumienie prawa, każda wojna jest ludobójstwem, bo przecież chodzi w niej o wyniszczenie całej grupy ludzi – wrogiej armii. Oraz: przewija się taki motyw, żeby wojnę toczyć pięknie, z honorem, a wroga cenić i szanować. Jak na przykład opisano to tutaj; za dnia wojujemy, wieczorami spotykamy się w kantynie z ludźmi, do których przed chwilą strzelaliśmy, aby kulturalnie zagrać w wista i wymienić się anegdotami, bo w końcu wojna to taka piękna gra. Możemy się wzajemnie zabijać, ale na Boga! Róbmy to grzecznie! Krejzolstwo, nie?

Wojna jest jak filmy Roberta Rodrigueza: póki trwa, jest radość, a przynajmniej sens, ale jak się skończy, zostaje tylko brudny ciulik. Zabijanie jako takie ciągle jeszcze uchodzi i nie ma z nim większego problemu, no ale niektóre rzeczy trudniej wybaczyć, nawet jeśli jak raz jest to wojna, w której niby można powiedzieć, kto był gud, a kto bed gajem. W przypadku polskiej wojny w Afganistanie jest jeszcze śmieszniej, bo oficjalnie jej nie ma, więc nawet i tego zabijania nie ma, przynajmniej nie w naszym wykonaniu. What goes in Afghanistan, stays in Afghanistan. Ktoś w ogóle wie, czym się nasi wojacy tam zajmują? Za ile trupów odpowiadają? Reportaże, jakie mi się zdarzyło czytać, to jakieś dziwaczne opowieści o spokojnym życiu misiów, którym czasem jacyś niedobrzy panowie nie wiadomo czemu domy moździerzem ostrzeliwują. Albo wysadzają samochody, ale to problem i tak mniejszy, niż wyznanie rapera Eldo (jeśli komuś się chce, to może doczytać, że haubice służą do odstraszania, a żołnierze są difoltowo heterospanikowani, i pewnie jeszcze sporo lulsów, ale mnie się po tych dwóch odechciało).

Na wakacjach w Gruzji i Armenii bywałem na obszarach, gdzie jeszcze 20 lat temu była wojna, i w pobliżu obszarów, gdzie wojna była dwa lata temu. Dowiedziałem się wielu ciekawych rzeczy: wiecie, czemu w Armenii nie ma Azerów? Ktoś mógłby pomyśleć, że zostali wypędzeni, albo że oprócz zwykłego zabijania ludzi w mundurach, co jest OK, były też jakieś nie-OK wypędzenia ludzi bez mundurów. Taki ktoś nie miałby racji: otóż pewnego razu azerscy imamowie stwierdzili, że pora się zbierać. Powiedzieli więc Azerom – każdy w swojej wiosce – że nie będą już mieszkać w Armenii, tylko przewędrują do Azerbejdżanu. No i przewędrowali, a wiem to, bo powiedział mi, ha!, taksówkarz, kiedy przejeżdżaliśmy przez puste azerskie wioski. W Gruzji natomiast, przejeżdżając przez puste wioski osetyńskie, mieliśmy okazję wysłuchać, że Gruzini nade wszystko miłują pokój i są braćmi ze wszystkimi narodami oprócz Rosjan.

I tak mnie uderzyło, że afgańskie wioski mogą wyglądać podobnie do pewnej wioseczki, w której robiłem zdjęcia owcom, a do której podróż z sąsiedniej wioseczki, odległej o ok. 50 km, zajmuje jakieś 5 godzin. Do której to z kolei sąsiedniej wioseczki podróż z metropolii Zugdidi, odległej o ok. 100 km, zajmuje jakieś 6-8 godzin. Oto i ta wioska:

Niezła wioska do przepierdolenia, nie? Tyle że w Nangar Khel chyba nie ma zabytków, takich jak te tam wieże, więc problem mniejszy.

A tu wioska z bliska:

Oraz zdjęcie z codziennego życia żołnierzy w Afganistanie:

Zdaje się, że miałem rację z tym podobieństwem.

What goes in Afghanistan, stays in Afghanistan, chyba, że ma się szczęście jechać w pociągu w towarzystwie byłego żołnierza polskiego kontyngentu w otoczeniu urzeczonych poborowych służby zasadniczej: po jakiejś godzinie opowiadania mistrzowskich anegdot można usłyszeć taki dialog:

– Słuchaj, a zabiłeś ty kiedyś człowieka?
– Nie pytaj…
– Szanuję cię! Szanuję cię, jak ojca nie szanowałem!