Walczę ze złem i zwiększam ilość dobra we wszechświecie.

Archive for Styczeń, 2011

Masłowska FTW

Tak więc teatr ma się dobrze i kto twierdzi inaczej, to się nie zna. Otóż starczy zrezygnować z kretyńskiej teatrodykcji i no dobra, przyznajmy, że za pewną cenę, bo niektórych słów w szybko wypowiadanych kwestiach nie dało się zrozumieć, ale warto, bo uwaga: aktorzy teatralni przestali wkurwiać. „Między nami dobrze jest”, bardzo dobre, polecam. Trochę miałem wrażenie, że Masłowska lurka TTDKN albo że nas pisze: tym razem skradła mi nie tylko język (dużo ironii, jasne, ale też postironii), ale i tematykę: klasizm, proletariat, biurowa klasa średnia, hipsteryzm, Polska jako powieść przygodowa. Chciałbym pisać jak ona, no i ona robi to dobrze, więc mnie nie wkurwia jak niektórzy, a czasem zdarzający się kiepski żarcik (no kaman, ten o zapominaniu Alzheimera, so yeah) sprawia, że mogę nie skisnąć z zawiści, bo wmawiam sobie, że trochę mógłbym jednak lepiej. Na widowni oczywiście hipsterzy i biurowa klasa średnia, więc można sobie poczuć się lepszym, bo nie jest się ani hipsterem, ani biurową klasą średnią, i posłuchać hipstersko-bksiowych dialogów. Ja wyłapałem taki:
– Och! Tam tak dużo odniesień, nawiązań, kontekstów, och! Normalnie niesamowite!
– Tak! Na przykład do radia Maryja!

Konkubina natomiast wyłapała chłopca opowiadającego dziewczynie, że chciałby iść na bohemistykę i wprawdzie wie, że po takich studiach to kasy nie ma, ale te studia takie ciekawe. A jego marzeniem jest zostać bileterem w teatrze i złożył już CV.

Reklamy

Biurowa klasa średnia kontra młodzi wykształceni z wielkich miast

Ukuty niestety przez kabaret Mumio termin socjologiczny „biurowa klasa średnia” upowszechnił się w naszych częściach intarwebsów, a tymczasem w internetowym środowisku Frondy i pokrewnych powstał inny stereotyp: „młodzi wykształceni z wielkich miast”. Jedno i drugie określenie opisuje podobną grupę osób, różnice kryją się w perspektywie (no i nasz termin zachwyca zgrabną metonimią, podczas gdy ich – razi toporną dosłownością).

Biurowa klasa średnia to w większości ludzie, well, młodzi, wykształceni i z wielkich miast (no już nie będę się czepiał, że „wielkie” miasta to w Polsce, lajk, które). Powierzchownie zgadzają się też preferencje polityczne – jedni i drudzy to wyborcy PO, chociaż dla frondziarzy to punkt wyjścia i podstawa stereotypu, a dla nas tylko cecha przygodna. No i z czego innego wynika: gdzie my widzimy efekt wieloletniego fapania nad kapitalizmem i „apolitycznym zarządzaniem”, frondziarze widzą tylko Michnika (ja wiem i wy wiecie, że Wyborcza o PO raczej bez zachwytu, ale oni tego nie wiedzą; zresztą nie ma to znaczenia). Zresztą bkś nie musi czytywać Wyborczej, natomiast dla MWzWM jest to obowiązkowe.

Zarówno przedstawiciele biurowej klasy średniej, jak i MWzWM oglądają TVN i szczególnie cenią sobie takie programy, jak Szymon Majewski Show albo Szkło kontaktowe. Budzi to zarówno naszą, jak i frondziarzy pogardę, tyle że z innych przyczyn. Dla frondziarzy jest to bowiem uleganie cywilizacyjnośmierciowej i antypolskiej propagandzie, dla nas natomiast – lubowanie się w głupocie i żalowym humorze. Jedni i drudzy czytują takie pisma, jak CKM i Cosmopolitan, jednak znów różnie to interpretujemy: dla nas utwierdzają one i rozpowszechniają seksistowski, patriarchalny sawannizm, dla frondziarzy – dążą do zniszczenia rodziny, ludzkiej godności czy czego tam. Duża różnica występuje na osi konserwatyzm – liberalizm obyczajowy: biurowa klasa średnia jest konserwatywna, młodzi wykształceni z wielkich miast są liberalni. Tyle, że jest to różnica w dużym stopniu pozorna: trzeba wziąć poprawkę na to, jak kto rozumie te pojęcia: MWzWM są liberalni, bo ich religijność jest powierzchowna, nie chcą przymusowo leczyć homoseksualistów, dymają się bez ślubu i godzą się z depolonizacją kraju; przedstawiciele bkś są konserwatywni, bo godzą się na uprzywilejowanie kleru i katolickiego systemu wartości, zdecydowanie sprzeciwiają się równouprawnieniu sformalizowanych związków homoseksualnych (jeśli nawet godzą się na same takie związki), uważają, że patriarchalne małżeństwo to optymalny model samorealizacji dla każdego człowieka i z łezką w oku oglądają parady wojskowe 11 listopada.

Podobnie wyglądają aspiracje materialne bkś i MWzWM: mieszkanie na strzeżonym osiedlu, samochód bez miejsca parkingowego, wakacje w Egipcie. I zawodowe: praca w agencji reklamowej, media purchasingu, biurze tłumaczeń, account management, bankowość, telekomunikacja, kupno-sprzedaż-interesy. Dla bardziej ambitnych: w przyszłości może własna działalność gospodarcza, teraz ostro się pozapierdala, a potem zatrudni parę osób, biznes sam będzie się kręcił, będzie się tylko nadzorować i jeździć na urlopy. Nas przeraża jałowość stukania w cyferki w Excelu i dopieszczania prezentacji w PowerPoincie, umiłowanie efektywności i dyscypliny pracy, przekonanie, że awans z junior przydupasa na vice przydupasa pozwoli w krótkim czasie osiągnąć osobiste szczęście i służy rozwojowi całego społeczeństwa, nabranie się na mit istotności marketingowych pierdół. Frondziarzy podobnie, chociaż użyją innych słów, np. egoizm, troska, Ojczyzna, pewnie jeszcze godność albo coś takiego.

Stereotypy biurowej klasy średniej i młodych wykształconych z wielkich miast pozwalają poczuć się lepiej nam i frondziarzom, ale tak naprawdę korzysta z nich oczywiście The Man.
Bkś to ludzie tacy jak my, nasi koledzy ze szkoły średniej albo studiów, z pracy. Moglibyśmy solidarnie z nimi robić jakąś rewolucję, ale łatwiej i bezpieczniej się z nich podśmiewać, no i gratyfikacja jest natychmiastowa. Możemy czuć się lepsi, bo przecież my zachowujemy ironiczny dystans wobec dominującego dyskursu, chociaż taka ironia jest całkowicie pozbawiona mocy wyzwolicielskiej – doskonale widać to w reklamie, z której pochodzi określenie „biurowa klasa średnia”. Jej typowi przedstawiciele śmieją się z samych siebie, co pozwala im uniknąć konfrontacji z faktem, że są właśnie takimi ludźmi, jakimi pogardzają. Reklama jest oczywiście błyskotliwa i zabawna, ale tym bardziej zła (w sensie moralnym) i niebezpieczna, tak jak błyskotliwy i zabawny publicysta katolicki jest bardziej niebezpieczny od modelu standard. (Wszystko to wiem dzięki Nachaszowi, który wynalazł taką tubkę z Žižkiem (którą pewnie wszyscy widzieli, ale to co):

Nie wiem do końca, kto stanowi trzon internetowego środowiska Frondy, ale z rozsianych tu i ówdzie hintów wynika, że z kasą bywa u nich nienajlepiej. A stereotyp MWZWM to jeszcze jeden sposób przeniesienia gniewu generowanego przez system w taki sposób, aby nie zagrażać neoliberalnemu status quo. Albo w przypadku zasobniejszych frondziarzy – działa jak bkś.


I’m blue

Dr Manhattan to obok Rorschacha najczęściej misinterpretowana postać Watchmenów. Wiele inteligentnych i czułych osób twierdzi, że jest „panem komputerem”, istotą nieludzką, którą interesują tylko obroty sfer niebieskich, a nie ludzie. Tymczasem jest to zupełna nieprawda: Manhattan jest człowiekiem czującym i cierpiącym tak jak każdy. Prawda, ostatnio jest trochę przygnębiony, ale kto z nas na jego miejscu nie byłby? Metafora smutku jest oczywista: facet jest niebieski, blue, rozumiecie? And he ain’t got nobody to listen.

Jonathan Osterman był zwykłym facetem, który w ogóle nie prosił się o cały ten heroizm. To bardzo ważne, dzięki temu udało mu się do końca zachować zdrowe zmysły i nie wywołać ogromnej katastrofy. Co by było, gdyby taką moc uzyskał Rorschach? Ozymandiasz? Na pewno wiedzieliby doskonale, jak jej użyć. Doktor Manhattan natomiast waha się i samoogranicza – inaczej byłby doktorem Doomem.

Inżynier Mruwnica twierdzi, że stopniowe zrzucanie przez Ostermana/Manhattana ubrań jest zrzucaniem człowieczeństwa. To nieprawda: to raczej niezbyt udana próba dotarcia do istoty człowieczeństwa. Tak jak nastoletni emo-kid, którego nikt nie rozumie, robi sobie kolejne dziary, aby dotrzeć do „prawdziwego siebie”, ale przy okazji coraz bardziej denerwuje nauczycieli, mamę, tatę i młodszą siostrę, i się od nich oddala. W ogóle wymyślone przez Jeżyka w kosmosie porównanie z emo-kidem jest bardzo dobre. Osterman nie radzi sobie z odpowiedzialnością, jaka na niego spadła, i boi się, że jest epic failem: że krzywdzi każdego, z kim się zetknie. How much emo is that? Zamiast zamknąć się w swoim pokoju, słuchać Smithów i napierdalać w Playstation, ucieka się smucić na Marsa, ale nie zapomina o zabraniu ze sobą Laurie i daniu jej szansy przekonania go, że jednak nie jest tak źle. Przekonania „na logikę”: to też bardzo emo. „Przekonaj mnie, że warto żyć. Ale tak logicznie” – tylko ktoś, kto jest w czarnej rozpaczy, może czegoś takiego chcieć.

Trudno się dziwić smutkowi Ostermana. Od czasu wypadku, który zmienił go w Manhattana, żyje tak, jakby grał w Dooma na kodach: niby wszystko już może, ale nie ma po co. Trochę pobył naukowcem, trochę podymał młodszą, trochę powojował o wolność i demokrację. Znudzony graniem, pragnie więcej: postanawia dezajnować lewele.


Antysemityzm w liczbach

Przez media przetacza się dyskusja w związku z planowanym wydaniem książki Jana Tomasza Grossa, w której powinna była znaleźć się m.in. odpowiedź na ważkie pytanie, czy rabowanie grobów jest takim samym złem, jak mordowanie, jak również historia ratowania Żydów przez Kościół katolicki, ale wskutek błędnej decyzji autora znajdzie się jedynie opis wzbogacania się Polaków na mieniu należącym do pomordowanych Żydów. Niestety wiele osób zabierających głos nie ma szacunku do faktów, świadomie je przeinacza lub pomija. Przygotowałem więc pomoc wizualną, podsumowującą fakty liczbowe dotyczące antysemityzmu różnych grup osób:

Wykres przedstawia liczbę Żydów uratowanych w czasie II wojny światowej. Jak widać, najmniej antysemickimi grupami byli Polacy i Kościół katolicki, którzy uratowali odpowiednio BARDZO DUŻO i W CHUJ Żydów. Trzecią pozycję zajmują Niemcy. Wielu czytelników zapewne oburzy się, że przecież to Niemcy odpowiadają za Holocaust. To prawda, to nie powinno nam jednak zasłaniać faktów. Z całą pewnością wielu Niemców ratowało Żydów, tej informacji brakuje jednak w większości książek poświęconych Zagładzie.

Bardziej antysemiccy od Polaków, Kościoła i Niemców byli Duńczycy, którzy uratowali zaledwie ok. 8 tys. Żydów mieszkających w Danii. Jeszcze gorszymi antysemitami w czasie wojny okazali się Paragwajczycy. Liczba uratowanych przez nich Żydów jest minimalna, być może nawet zerowa. Najgorszym antysemitą w tym zestawieniu jest Jan Tomasz Gross, który jako urodzony po wojnie z całą pewnością nie uratował w jej czasie ani jednego Żyda.