Walczę ze złem i zwiększam ilość dobra we wszechświecie.

Archive for Marzec, 2011

Czy Bóg istnieje

Portal Racjonalista.pl przy całej słuszności celów oraz często obiektywnej dobroci jest żenowy. Między innymi dlatego, że oni tam po raz pińcetny walczą w wojenkach, które zostały już dawno wygrane. MRW napisał raz, że obowiązkiem moralnym każdego ateisty jest wojujący antyklerykalizm; poszedłbym krok dalej: antyklerykalizm  jest jedyną sensowną formą nowoczesnego ateizmu (nie chcę się wdawać w dyskusję, co apateizm, co ateizm, a co agnostycyzm; są bez sensu, doprawdy, lepiej podyskutować o czymś ciekawszym, zbiorczo nazywam to wszystko „ateizmem”, bo ten termin w przeciwieństwie do „apateizmu” jest powszechnie znany i w przeciwieństwie do „agnostycyzmu” nie kojarzy się niektórym, że to jakaś niepewność). W Bolandzie ten antyklerykalizm będzie oczywiście skierowany przeciwko władzy i działalności politycznej Kościoła katolickiego – sorka za oczywistość, ale to też żeby ktoś się gupio nie czepiał.

Wykazywanie, że chrześcijaństwo jest religią jak każda religia, a chrześcijańskie wątki teologiczne wyewoluowały z pogaństwa było zadaniem dla pokolenia naszych prababć; wykazywanie, że w ogóle koncepcja Boga jest taka sobie było zadaniem pokolenia naszych ojców. Świetnie się spisali i chwała im za to. Katolickie teorie moralne, socjologiczne i naukowe zostały wielokrotnie, gruntownie skompromitowane. Sieriozne wskazywanie sprzeczności i idiotyzmów w Biblii, jak to lubi robić mój tatko, z perspektywy nowoczesnego ateisty jest tak samo daremne, jak przekonywanie fana Coelho, że to żałość: są dwie możliwości – zostać wybitnym znawcą złej literatury albo rozbić się na bezwstydnym fanwanku; przegrywa się tak czy siak. Że katolicyzm to ciemnota i zabobon to obecnie rzecz oczywista; trudno na serio polemizować z katolikami bez poczucia, że rozmawia się z wyznawcami Zeusa i przekonuje ich, że na Olimpie nie ma nic szczególnego, a niewolnictwo jest niefajne.

I chuj, tyle tylko, że jesteśmy pod ich wpływem politycznym.

Reklamy

Sztuka gaśnięcia

Rocznica konania papieża, tadam. Zdaje się, że w tych okolicach 6 lat temu wszedł już na ostatnią prostą i wszędzie go było pełno. W związku z tym pojawił się taki pomysł, że publiczne umieranie papieża było Świadectwem w opozycji do dominującego hedonizmu, spychającego śmierć tam, gdzie niewidoczna, że przywróciło istnienie śmierci i cierpienia naszej świadomości, i takie tam. Najpełniej wyraził to przepiękny poeta Tadeusz Dąbrowski w głośnym wierszu o papieskiej ślinie:

Papieżowi ślina kapie
podczas głoszenia homilii

A kamerzysta zmieszany
ucieka pod niebo (…)

Zrób zbliżenie na ślinę
wsiąkającą w ornat.

Zbliżenie na tyle duże
by przywracało wzrok.

Takie stawianie sprawy jest oczywiście podłe. Jak każdy człowiek, znałem parę osób, które potem umarły: niektóre po długim konaniu, inne w jakże radosnym maju, jednego chłopaka piorun trafił, kiedy krowę przed burzą sprowadzał z pola, komuś syn-lekarz załatwił wycięcie chyba wszystkich wnętrzności, żeby przedłużyć życie o parę tygodni, sąsiad uciekł ze szpitala psychiatrycznego w grudniu w samej piżamie, trafił do nas do domu i mama dała mu swój kożuch; a on się w tym kożuchu poszedł i powiesił, znaleźli go na wiosnę. Afazje, stomie, domy starców, standard, przecież wszyscy to znamy.

O ile pamiętam, nikt ze znanych mi umierających nie miał pod oknami tłumu fanów ani nawet własnych lekarzy czy pielęgniarzy. A pamiętacie, jak papieżowi zrobili już tracheotomię i puszczali taką mszę czy coś, że on siedział w oknie i poruszał ustami, a głos leciał z offu. Pewnie z parę osób też chciałoby zrobić na pożegnanie taki show, ale jakoś się nie złożyło. Nie wiem jak Tadeusz Dąbrowski i jego ziomowie, ale ja raczej nie potrzebuję oglądać cierpienia i zniedołężnienia obcych ludzi w luksusowych warunkach, żeby wiedzieć, że ja i wszyscy, których znam, zejdziemy w mało apetyczny sposób, robiąc przedtem nieprzyjemne zamieszanie naokoło.


Polenball cans into Westerplatte – załoga śmierci

Komiks historyczny to gatunek o bogatej tradycji w Polsce. Każdy fan komiksów mający co najmniej 25 lat pamięta z dzieciństwa epicką opowieść o bitwie pod Legnicą:
Niektórzy pamiętają też poruszającą serię o królach z wzruszającą historią miłosną Kazimierza Wielkiego:

Widać więc, że komiks „Westerplatte – załoga śmierci” z jednej strony może czerpać z bogatej tradycji, z drugiej zaś – musi sprostać niełatwemu zadaniu dorównania świetnym poprzednikom.

Autorzy stawiają sobie jasne cele:

Jest to dzieło poważne, co widać nie tylko po powyższej deklaracji ideowej, ale i po zamieszczonych materiałach dodatkowych, takich jak zestawienie polskich stopni wojskowych i ich niemieckich odpowiedników, plan placówki na Westerplatte i portret kapitana Franciszka Dąbrowskiego, któremu komiks jest dedykowany. Ha, właśnie, nie majorowi Sucharskiemu, gdyż jest to praca bezkompromisowa, w której nacisk położono na wierność historii, a nie na tworzenie czy podtrzymywanie mitu. Przejawia się to tym, że Sucharski jojcy gorzej od Luke’a Skywalkera (a potem ma załamanie nerwowe), a żołnierze czasem mówią „kurwa”. Dowiadujemy się też, że placówka początkowo nie miała być atakowana z lądu, a jedynie blokowana.

No dobra, nie ma co ukrywać, że przeczytałem to, abyście Wy, dzieciaczki, nie musiały, polecę więc streszczeniem. Rozwiązanie polegające na przeplataniu obrazka z komiksu* i mojego komentarza będzie o tyle uczciwe, że jest to też podstawowy sposób prowadzenia narracji w komiksie – odnarratorski tekst w ramce + ilustracja tego tekstu i jakiś komentarz albo dialog bohaterów.

Najpierw poznajemy więc historię Gdańska (w obrazoburczej wersji):

Gdańsk będący terytorium Polski? Hm? Wbrew postanowieniom wersalskim? Hm? Nie wiem za bardzo, o co chodzi, ale z komiksu się nie dowiem. Also: senat Gdańska będący pod wpływami niemieckimi! JAK DO TEGO MOGŁO DOJŚĆ? Polska jednak nie poddaje się tak łatwo i dowodzi swoich praw do Gdańska, stosując metodę, o której skuteczności przekonamy się już za paręnaście lat:

Niemce jednak też się zbroją, organizują w Gdańsku bojówki, no w ogóle sytuacja jest dramatyczna. Trzeba temu zaradzić! Podjęciu tej śmiałej decyzji poświęcony jest pierwszy dialog w komiksie:

Plany nabierają realnych kształtów:

Piętrzą się jednak trudności:

Co więc zrobić wobec takich przeciwności losu? When in doubt, czołgaj się!

Czołganie się przyniosło dobre efekty i Westerplatte zostało przygotowane do skutecznej obrony. Udało się nawet przetransportować gotowe, przetestowane polowo koszary:

Ale bomboodporne piwnice to nie wszystko!

Ha! Niemce nie mają żadnych szans! Tym bardziej, że polscy żołnierze są doskonale wyszkoleni i wyposażeni:

Jednak załoga placówki nie miała łatwego życia. Żołnierze byli lżeni m.in. przez Himmlera i innych wycieczkowiczów. Dzięki doskonałemu wyszkoleniu zachowywali zimną krew, snuli już jednak plany zemsty, które wkrótce wprowadzą w życie:

Dobra, to nuuudy, przewińmy, aż coś się będzie działo. Otóż do Gdańska wpływa Schleswig-Holstein i wszyscy już wiedzą, że lada dzień wybuchnie wojna. Major Sucharski upada po raz pierwszy:

Potem major będzie upadał jeszcze parę razy, właściwie aż do samej końcówki nie pojawi się jako człowiek, zawsze tylko jako jojcząca męda. W końcu to komiks odbrązawiający, stawiający na historyczną dokładność, a jego twórcy nie lękają się kontrowersji.

Tymczasem Niemce postanawiają zająć Westerplatte. Klasyczny motyw polskich propagandówek historycznych, odsłona 1: wróg nie docenia przeciwnika!!!!!11

Twórcy komiksu nie obawiają się przedstawiać nazistów jako ludzi, mających uczucia, lęki i nadzieje. A nawet imiona!

Tylko cholernie nie doceniają Polaków!

Przedstawiania Niemców jako ludzi ciąg dalszy:

Muszę się z Johannem (wtf? przed chwilą Heinrich mu było!) zgodzić. Pancernik wpłynął do portu, lajk, 10 stron temu, a tu ciągle czekamy i czekamy, ech. Na szczęście tak długie oczekiwanie pozwoliło polskiej załodze doskonale przygotować się do walk:

WTEM!

Młodzi żołnierze reagują na początek ostrzału, spontanicznie inscenizując „Guernicę”:

Szybko jednak wzuli saperki i zajęli stanowiska bojowe:

Zaskoczenie się udaje. BUNGH!

Nie wszystko jednak poszło tak gładko. W czasie obrony zdarzają się też momenty dramatyczne:

Generalnie jednak Niemce dostają wpierdol:

Nic dziwnego. To w końcu podrabiane mechaniczne Niemce:

Ha ha, patrzcie, jak mu rapę ujebało! A masz, gupi Niemcu!

Mało brakowało, a wojna skończyłaby się zanim się jeszcze na dobre zaczęła. Byłoby jak w Gwiezdnych Wojnach, że imperatora zabili:

Trzeba przyznać, że nie wszystko podczas obrony się udało (srsly, to dwa następujące po sobie obrazki, nie oszukuję!):

Generalnie jednak wszyscy Niemcy zostali zlikwidowani:

To załatwia odsłonę 2 klasycznego motywu polskich propagandówek historycznych. Tak oto minął dzień pierwszy obrony; mamy też i odsłonę 3, kiedy nieprzyjacielskie generały zdają sobie sprawę, że zwycięstwo nie będzie tak łatwe. Tutaj z twistem, bo wyższe dowództwo niemieckie ciągle jeszcze nie dowierza:

Cóż. Obrona i komiks ciągną się jeszcze 6 dni, ale ja mam już dość i Wy, dzieciaczki, zapewne też. Tak wiec dojeżdżam tylko do obowiązkowej klamry klasycznego motywu polskich propagandówek:

Yay! Żadna polska klęska nie jest w pełni udana, jeśli za jej odniesienie nie pochwali nieprzyjacielski Übermensch.

(Kroniki epizodów wojennych 1. Westerplatte: Załoga śmierci; scenariusz: Mariusz Wójtowicz-Podhorski; rysunek: Krzysztof Wyrzykowski).
(Linkuję do gildii.pl zamiast do samego wydawnictwa, bo zdaje się, że mają jakiś apdejt i na razie im strona nie działa).

*Obrazki w większości w kolejności chronologicznej, czasem coś przestawiłem dla efektu albo większej czytelności.


Aborcja Najfeld

Gorzkie żale, jakie Joanna Najfeld wylewa w związku z procesem z Wandą Nowicką, są zawsze arcydziełami butthurtu. Okazuje się, że tym razem Cywilizacja Śmierci zastosowała tak wyrafinowaną torturę, jak wyznaczenie Środy Popielcowej (wtf, jaka Środa Popielcowa, co to takiego, huh?) na datę kolejnej rozprawy.

Mimo butnych zapowiedzi („jak lewica rozpala stosy” w podtytule strony) relacje Najfeld są okropnie mało dramatyczne – wot proces jak proces, coś tam się dzieje, wlecze się, nudy. Pewnie dlatego czasem do newsów dołączane są propagandówki – był dramatyczny apel w sprawie krzyża pod Pałacem Prezydenckim, szkalowanie Polski jako kraju totalitarnego, taki tam katostandard. Propagandówka w ostatnim newsie też od katostandardu nie odbiega – głównie jest poświęcona powieleniu memu o powiązaniu niekaralności aborcji z komunizmem i nazizmem oraz w ogóle z totalitaryzmami.

(Trochę Cpt. Obvious warning, no ale co się zrobi? Trzeba tłuc, tłuc, tłuc).

Jak było naprawdę, można sobie sprawdzić bez większego wysiłku, w skrócie: ściślejsze ustawy antyaborcyjne to XIX w., ich luzowanie to w niektórych krajach lata 30., w większości – połowa/druga połowa XX w. W Związku Radzieckim owszem, Lenin wprowadził dopuszczalność aborcji, ale potem, w 1936 r., Stalin wziął i niemal całkiem jej zakazał; w 1955 r., w okresie odwilży, aborcja znów stała się dozwolona. W Polsce podobnie – po II wojnie aborcji zakazano, w 1956 r. ponownie dopuszczono. Tyle Związek Radziecki; gdyby chcieć to podsumować w stylu Najfeld: „Jak więc widać, komunizm w swojej najbardziej totalitarnej, zbrodniczej wersji jest nieodwołalnie powiązany z zakazem aborcji” (wymagałoby to oczywiście przemilczenia komunizmu w wersji azjatyckiej, ale co tam).

Z III Rzeszą jest trochę skomplikowaniej. Najpierw trzeba przypomnieć, że naziści, podobnie jak katolicy, uzurpowali sobie prawo do określania, czyje życie zasługuje na ochronę, kierując się głównie absurdalnym i arbitralnym kryterium pochodzenia (z pominięciem takich kwestii, jak świadomość, zdolność odczuwania bólu itp.). Pełne prawo do życia przysługiwało oczywiście tylko nosicielom krwi aryjskiej dobrej jakości (homoseksualiści, niepełnosprawni, chorzy psychicznie byli prześladowani też ze względów eugenicznych). I jak się można spodziewać – zakazane było przerywanie ciąż „rasowo cennych”; życie Aryjczyków miało być chronione od poczęcia.

Dobrrra. To teraz zobaczmy, jak się do rzeczywistości ma wysnuty przez Najfeld wniosek o korelacji totalitaryzmu z dopuszczalnością ciąży. Totalitaryzmów jakoś niedostatek ostatnio, więc musimy się zadowolić reżimami autorytarnymi; to nic, że rzut oka na tabelkę w wiki:

wskazuje, że korelacja jest bardziej z geografią niż ustrojem; weźmy dziesięć najmniej demokratycznych państw i zestawmy dopuszczalność aborcji na ich terenie. Na podstawie Democracy Index i artykułu w Wikipedii:

Kraj Aborcja na życzenie
Korea Północna Tak
Czad Nie (tylko zdrowie fizyczne)
Turkmenistan Tak (pierwszy trymestr, różne względy do drugiego)
Uzbekistan Tak (pierwszy trymestr, różne względy do drugiego)
Birma Nie (tylko zagrożenie dla życia)
Republika Środkowoafrykańska Nie (tylko zdrowie fizyczne)
Gwinea Równikowa Nie (tylko zdrowie fizyczne)
Arabia Saudyjska Nie (zagrożenie dla życia w pierwszym trymestrze)
Libia Nie (tylko zagrożenie dla życia)
Iran Nie (tylko zagrożenie dla życia)

Ojej, Najfeld bredzi, foka płacze, Boże! jaki żal.